Więźniowie M2
2006-11-08 15:45:37Gdzie żyją? W ciasnych mieszkaniach, w blokach z wielkiej płyty, na brudnych osiedlach. Jak żyją? Z dnia na dzień, byle do pierwszego – oto opowieść o milionach Polaków.

Na balkonie jednego z bydgoskich bloków mężczyzna w slipach pali papierosa, z parteru, przez uchylone okno, dobiega płacz dziecka, z budynku wychodzi kobieta z psem — idą w stronę pobliskiego placu zabaw. Pies załatwia się w piaskownicy, po chwili wracają, nie zwracają na mnie uwagi.
Zaczyna się ruch — kolejni ludzie wychodzą z psami; młody, na oko dwudziestopięcioletni, chłopak idzie do sklepu, po chwili wraca – w błękitnej siatce niesie bagietkę i jagodową maślankę. Naprzeciwko bloku, na jednej z ocalałych ławek, mężczyzna czyta „Wyborczą”. Nie uśmiecha się.
Z parkingu znikają samochody. Zaczyna się kolejny dzień.
Mąż dostał przydział

Drzwi do bloku przy ulicy Świerkowej otwiera mi emerytka, pani Bogumiła — zaprasza do mieszkania, częstuje kawą, herbatą, szarlotką. Mimo pozornej radości, widzę smutek w jej oczach. Pokój, w którym się znajduję, jest niewielki – jak tysiące innych w podobnych blokach – w jedynym oknie powiewa żółtawa firanka, na parapecie stoją dwie paprocie, w rogu znajduje się telewizor — widzę w nim uśmiechniętą twarz Iwony Schymalli – trwa „Kawa czy herbata”. Siadam na brązowej wersalce, gospodyni przynosi ciasto oraz kawę w szklance.
- Długo Pani tu mieszka? – pytam.
- Wie pan, panie redaktorze, jak było. Każdy chwytał się czego mógł, mieszkał, gdzie mu się trafiło. Tu jestem od 1983 roku, mąż dostał przydział, cieszyliśmy się jak dzieci – takie mieszkanie, dwa pokoje, łazienka, balkon – to był szczyt marzeń. Nie to, co dziś. Ciasno, niebezpiecznie – co mądrzejsi, to się wynieśli, a teraz to albo emeryt tutaj, albo margines. To wczoraj, torebkę mi ukradli. Wracałam ze sklepu, tu w bloku, taki osiedlowy, po wędlinę byłam, wie pan, pięć plasterków, bo co za tę nędzną emeryturę więcej mogę kupić, a i po co mi więcej, jak sama mieszkam, w grudniu cztery lata będą, jak mąż nie żyje. Już prawie pod klatką jestem, jak mi trzech nie podbiegnie, nie chwyci za torbę. Niby nic cennego, dowód, kilka złotych, bo to już koniec miesiąca, wie pan, ale jednak, co teraz zrobić? – żali się pani Bogumiła.
Statystyki to potwierdzają – według danych Komendy Głównej Policji w Warszawie, od początku tego roku dokonano 17 653 napadów w pobliżu miejsca zamieszkania. Dla porównania – w analogicznym okresie w roku 2005, sytuacji takich miało miejsce tylko 14 736.
Dżem i margaryna

Wchodzę do mieszkania sąsiadki pani Bogumiły – pani Hani. Wita mnie serdecznie, cieszy się, że ktoś o niej pamięta. Częstuje kawą, herbatą, ciastem – na własnej skórze doświadczam rozsławionej słowiańskiej gościnności.
Mieszkanie niemalże identyczne – w rogu pokoju telewizor, zżółknięta firana przysłania stojącą na parapecie paproć. Ciemna kuchnia, odklejająca się wykładzina imitująca parkiet, brzęcząca lodówka. Na blacie stoi dżem truskawkowy i margaryna – całe śniadanie emerytki. Wracamy do pokoju, siadam na wytartym krześle, popijam herbatę ze szklanki.
- Pan gdzie mieszka? – zaskakuje mnie pani Hania.
- Szeregowiec na obrzeżach miasta – szczerze odpowiadam.
- To pan nie zrozumie, jakie to życie tutaj. Kiedyś, jeszcze przed wojną, mieszkałam w takim domku – duży ogród, mnóstwo kwitnących kwiatów, śpiew ptaków – tak go zapamiętałam. A gdzie przyszło mi żyć na starość? W klatce, wśród chuliganów i pijaków, takie to życie sprawiedliwe. Co to dziś jest – dwa ciasne pokoje, wąski przedpokój, brudna łazienka, ciemna kuchnia? Jak to porównać do tych willi, do pałaców?
Autostopem przez galaktykę
Kolejne mieszkanie, piętro wyżej – mąż w pracy, żona w kuchni, dzieci zajęte sobą – młodszy, Kuba, gra w Dooma, starszy, Karol, czyta „Autostopem przez Galaktykę” Douglasa Adamsa.
- Mi już nie zależy. Od października mnie tu nie będzie, na studia jadę, do Warszawy. Ale widzę, jak ludzie się męczą, jak narzekają – opowiada Karol, przyszły student socjologii na Uniwersytecie Warszawskim – przyznaję szkoda mi ich, oni już nie mają nadziei, że coś się zmieni.
Podobnego zdania jest matka: - Na co mogę liczyć? Co państwo może mi dać? Ja już nic nie zdziałam, wiek nie ten. Cieszę się tylko, że Karol wyjeżdża, choć z drugiej strony przykro, że tak daleko od domu będzie – spać nie mogę, modlę się, by dał tam radę. Oby tylko jeszcze Kuba się wyrwał, potem będę już mogła umrzeć.
-Mamo, proszę, nie mów tak – sprzed komputera krzyczy Kuba – przecież wiesz, że obaj cię kochamy.
Bohaterowie są wytworem szalonej wyobraźni autora — nie ma pani Bogumiły z ulicy Świerkowej, nie ma studenta Karola ani nawet mężczyzny z siódmego piętra. Liczby są wyssane z palca i nie ma co brać ich na serio. Wszelkie podobieństwo do sytuacji rzeczywistych – zamierzone.


