Więźniowie M2

2006-11-08 15:45:37

Gdzie żyją? W ciasnych mieszkaniach, w blokach z wielkiej płyty, na brudnych osiedlach. Jak żyją? Z dnia na dzień, byle do pierwszego – oto opowieść o milionach Polaków.

Jeden z tysięcy bloków

Na balkonie jednego z bydgoskich bloków mężczyzna w slipach pali papierosa, z parteru, przez uchylone okno, dobiega płacz dziecka, z budynku wychodzi kobieta z psem — idą w stronę pobliskiego placu zabaw. Pies załatwia się w piaskownicy, po chwili wracają, nie zwracają na mnie uwagi.

Zaczyna się ruch — kolejni ludzie wychodzą z psami; młody, na oko dwudziestopięcioletni, chłopak idzie do sklepu, po chwili wraca – w błękitnej siatce niesie bagietkę i jagodową maślankę. Naprzeciwko bloku, na jednej z ocalałych ławek, mężczyzna czyta „Wyborczą”. Nie uśmiecha się.

Z parkingu znikają samochody. Zaczyna się kolejny dzień.

Mąż dostał przydział

Zdjęcie pochodzi z Wikipedii — autor: Tomasz Sienicki

Drzwi do bloku przy ulicy Świerkowej otwiera mi emerytka, pani Bogumiła — zaprasza do mieszkania, częstuje kawą, herbatą, szarlotką. Mimo pozornej radości, widzę smutek w jej oczach. Pokój, w którym się znajduję, jest niewielki – jak tysiące innych w podobnych blokach – w jedynym oknie powiewa żółtawa firanka, na parapecie stoją dwie paprocie, w rogu znajduje się telewizor — widzę w nim uśmiechniętą twarz Iwony Schymalli – trwa „Kawa czy herbata”. Siadam na brązowej wersalce, gospodyni przynosi ciasto oraz kawę w szklance.

- Długo Pani tu mieszka? – pytam.

- Wie pan, panie redaktorze, jak było. Każdy chwytał się czego mógł, mieszkał, gdzie mu się trafiło. Tu jestem od 1983 roku, mąż dostał przydział, cieszyliśmy się jak dzieci – takie mieszkanie, dwa pokoje, łazienka, balkon – to był szczyt marzeń. Nie to, co dziś. Ciasno, niebezpiecznie – co mądrzejsi, to się wynieśli, a teraz to albo emeryt tutaj, albo margines. To wczoraj, torebkę mi ukradli. Wracałam ze sklepu, tu w bloku, taki osiedlowy, po wędlinę byłam, wie pan, pięć plasterków, bo co za tę nędzną emeryturę więcej mogę kupić, a i po co mi więcej, jak sama mieszkam, w grudniu cztery lata będą, jak mąż nie żyje. Już prawie pod klatką jestem, jak mi trzech nie podbiegnie, nie chwyci za torbę. Niby nic cennego, dowód, kilka złotych, bo to już koniec miesiąca, wie pan, ale jednak, co teraz zrobić? – żali się pani Bogumiła.

Statystyki to potwierdzają – według danych Komendy Głównej Policji w Warszawie, od początku tego roku dokonano 17 653 napadów w pobliżu miejsca zamieszkania. Dla porównania – w analogicznym okresie w roku 2005, sytuacji takich miało miejsce tylko 14 736.

Dżem i margaryna

Remont

Wchodzę do mieszkania sąsiadki pani Bogumiły – pani Hani. Wita mnie serdecznie, cieszy się, że ktoś o niej pamięta. Częstuje kawą, herbatą, ciastem – na własnej skórze doświadczam rozsławionej słowiańskiej gościnności.

Mieszkanie niemalże identyczne – w rogu pokoju telewizor, zżółknięta firana przysłania stojącą na parapecie paproć. Ciemna kuchnia, odklejająca się wykładzina imitująca parkiet, brzęcząca lodówka. Na blacie stoi dżem truskawkowy i margaryna – całe śniadanie emerytki. Wracamy do pokoju, siadam na wytartym krześle, popijam herbatę ze szklanki.

- Pan gdzie mieszka? – zaskakuje mnie pani Hania.

- Szeregowiec na obrzeżach miasta – szczerze odpowiadam.

- To pan nie zrozumie, jakie to życie tutaj. Kiedyś, jeszcze przed wojną, mieszkałam w takim domku – duży ogród, mnóstwo kwitnących kwiatów, śpiew ptaków – tak go zapamiętałam. A gdzie przyszło mi żyć na starość? W klatce, wśród chuliganów i pijaków, takie to życie sprawiedliwe. Co to dziś jest – dwa ciasne pokoje, wąski przedpokój, brudna łazienka, ciemna kuchnia? Jak to porównać do tych willi, do pałaców?

Autostopem przez galaktykę

Kolejne mieszkanie, piętro wyżej – mąż w pracy, żona w kuchni, dzieci zajęte sobą – młodszy, Kuba, gra w Dooma, starszy, Karol, czyta „Autostopem przez Galaktykę” Douglasa Adamsa.

- Mi już nie zależy. Od października mnie tu nie będzie, na studia jadę, do Warszawy. Ale widzę, jak ludzie się męczą, jak narzekają – opowiada Karol, przyszły student socjologii na Uniwersytecie Warszawskim – przyznaję szkoda mi ich, oni już nie mają nadziei, że coś się zmieni.

Podobnego zdania jest matka: - Na co mogę liczyć? Co państwo może mi dać? Ja już nic nie zdziałam, wiek nie ten. Cieszę się tylko, że Karol wyjeżdża, choć z drugiej strony przykro, że tak daleko od domu będzie – spać nie mogę, modlę się, by dał tam radę. Oby tylko jeszcze Kuba się wyrwał, potem będę już mogła umrzeć.

-Mamo, proszę, nie mów tak – sprzed komputera krzyczy Kuba – przecież wiesz, że obaj cię kochamy.

Bohaterowie są wytworem szalonej wyobraźni autora — nie ma pani Bogumiły z ulicy Świerkowej, nie ma studenta Karola ani nawet mężczyzny z siódmego piętra. Liczby są wyssane z palca i nie ma co brać ich na serio. Wszelkie podobieństwo do sytuacji rzeczywistych – zamierzone.


Zawołaj lato!

2006-07-09 16:39:01

Zawołaj lato, gdy jechać masz nad morze.
Zawołaj lato, gdy chcesz po plaży biec
Zawołaj lato, lato żeglując po jeziorze
Zawołaj lato, gdy nudzisz się. #

Znak Zakaz Kąpieli

Z okazji pięknego lata i słonecznej pogody, wybrałem się wraz z rodzinną kompanią (4,5 łącznie ze mną) na wyprawę ku przygodzie i orzeźwieniu. Pytań Dokąd jedziemy? nie było końca, mimo że mi i tak bez różnicy - wszędzie źle się czuję. Ostatecznie padło na Nadbrzeże, miejscowość z dość tragiczną historia - tutaj w czasie II Wojny była cegielnia, w której pracowali wojenni jeńcy. A może i nie.. Ale cegielnia jest .. ;)

Dziś cegielnia, która przed laty zaopatrywała znaczną część okolicy, już nie funkcjonuje, za to w pobliżu znajduje się wojskowy ośrodek wypoczynkowy. Tam właśnie rodzina Sztajnke, pod kierownictwem taty Piotra, skierowała swe kroki - wraz z bagażem - torbami, kocami, ręcznikami, bułkami, wodą, książkami i wszystkim tym, o czym już nie pamiętam, ale z pewnością było ważne.

Rozładowaliśmy się w najbardziej nasłonecznionym i piaszczytstym miejscu, wyjąłem swoje zasoby (książka, notes, odtwarzacz MP3) i ułożyłem się na kocu, z dala od wody, słońca, ludzi i wszystkiego tego, co na plaży jest zwykle w zdumiewających ilościach.

Mały wybiegający z bagienka

Mały wraz z Dużym pobiegli nad wodę, ja tymczasem ukradkiem się z nich podśmiewałem - młode, stare, a głupie. Chwilę później jednak i ja zostałem oddelegowany do dostarczenia wiaderka i łopatki wodnej kompanii - paskudne uczucie - tony, dosłownie tony mułu, brudna, śmierdząca woda, wodorosty, kamienie. Istna katorga - dostawa zabawek zajęła mi kilkanaście sekund, lecz nóg przez połowę dnia doczyścić, niestety, nie mogłem.

Po powrocie do bazy okryłem się szczelniej kocem i zatopiłem we własnych myślach. Z upragnionej chwili relaksu wyrwał mnie krzyk Głównodowodzącej ps. Dana, która proponowała mi olejek do opalania, bułkę, pomidora, wyjście spod koca i milion innych, tak przyziemnych rzeczy. Zbywając każdą z nich, zostałem wyzwany od świrów i nieudanych dzieci - miły początek dnia.

Panorama okolicy

Po kilku chwilach opalania się w cieniu koca, gdzie i tak było zdecydowanie zbyt gorąco, zdecydowałem się na króciótki pobyt w wodzie (ostatecznie byłem już skażony zalegającymi tam toksynami), wyjątkowo więc zsunąłem spodnie i w samych lichych kąpielówkach powędrowałem w stronę bagna. Już po wykonaniu pierwszego kroku, gęsty, lepki muł oblepił me delikatne stópki, po czym przykleiłem się do dna.

Nie zrażając się porażką, raźniej ruszyłem w stronę upragnionego chłodu, który, jak myślałem, znajdował się z dala od brzegu. Z każdym kolejnym krokiem było coraz chłodniej, lecz proporcjonalnie wzrastała liczba rosnących w wodzie wodorostów, a muł oblepiał coraz wyżej położone części ciała - gdy czarna, wstrętna substacja dotarła do moich kolan, uciekłem w stronę brzegu, to nie było na moje nerwy.

Ponownie udałem się do mojego kokona, gdzie schowałem się przed plażową cywilizacją. Niestety, znów zbyt długo nie poleżałem - obudził mnie Mały, z którym to przez kolejną godzinę smażyłem naleśniiki, gotowałem rosół i dekorowałem lody - wszystko, oczywiście, w formie SiO2. Po tak owocnej zabawie (mimo że naleśniki były z cukrem), uświadomiłem sobie, że całe me blade ciało oklejone było wspomnianym kwarcem, którego, podobnie jak smolistego mułu, nie dało się doczyścić. Dodatkowo, chwilę później spotkaliśmy kuzyna (mojego) z żoną i córką, którzy, podobnie jak my kilka godzin wcześniej, przyjechali wypocząć. Nie wiedzieli jeszcze, co ich czeka, biedacy..

Na szczęście przyszedł czas pakowania - zabraliśmy: torby, koce, ręczniki, opakowanie po bułkach, butelki po wodzie, książki i wszystko to, o czym już nie pamiętam, ale z pewnością było ważne. Nie obyło się bez awantury (Dlaczego wkładasz to do mojej torby? W ręku nieś!), ale nic nie było w stanie przyćmić radości związanej z upragnionym powrotem.

Bilans: bułek było za mało, wody (tej butelkowanej oczywiście) było za mało, słońca było za dużo, ludzi było za dużo, woda (ta od mułu) była mułowata, a skończyło się, jak zwykle, na bólu głowy. Radość z wypoczynku - bezcenna. Uwielbiam rodzinne wyprawy ..


Linux - żałosne wybawienie.

2006-05-25 18:55:08

Zawsze zachowywałem się w sposób odstający od ogólnie narzuconych zasad, z litością patrzyłem na tłum bezmyślnie biegnący w wyznaczonym kierunku. W wypadku komputera oznaczało to używanie Jabbera zamiast Gadu-Gadu czy Opery zamiast Internet Explorera. Uważałem, że kolejnym krokiem jest zupełna zamiana Windowsa na jakże, w moich oczach, elitarny system - Linux.

Dążyłem do tego długi czas - ściągałem kolejne dystrybucje, próbowałem instalować, czasem się udawało, czasem nie, ale konsekwentnie dążyłem do celu. Główną jednak barierą, już po instalacji, był brak umiejętności skonfigurowania połączenia z Internetem (Neostrada ze Speedtouchem 330). I na to jednak, w wyniku mojej konsekwencji, znalazłem sposób - być może wiele osób przekręciłoby się, gdyby dowiedziało się, że to jakiś automatyczny skrypt - ja jednak uznałem, że na początek wystarczy. Mniej więcej miesiąc temu stałem się szczęśliwym posiadaczem działającego Ubuntu. Wszystko było tu zupełnie inne, cieszyłem się każdą kolejną stroną, wciąż nie wierzyłem w swoje szczęście - było to zwieńczeniu kilkumiesięcznej walki.

Bodaj już następnego dnia szczęście lekko się oddaliło - podczas uruchamiania komputera, wyświetlił się błąd, konkretnie chodziło o System X. Uznałem, że to w wyniku instalacji wielu programów, o których tyle czytałem, a nigdy nie widzałem na oczy. Nie wiedząc, na co się decyduje, sformatowałem zupełnie dysk (wtedy Ubuntu dzieliłem jeszcze z Windowsem z cennymi [dla mnie] danymi). Zachłysnąwszy się bowiem Linuksem uznałem, że Windows już mi się nie przyda. Wszystkie dane przepadły, ja jednak znów posiadałem działający system.

Sytuacja powtórzyła się kilkunastokrotnie (na serio!), ja wciąż jednak stosowałem żelazną konsekwencję i raz po raz formatowałem, instalowałem etc ..

Od pewnego czasu cieszę się stabilnym system, nie był to jednak koniec koszmaru - po każdym uruchomieniu musiałem ponownie uruchamiać skrypt konfigurujący Neostradę. Jestem jednak cierpliwy i konsekwentny. Myślałem wtedy, że gdy będę stuprocentowo pewny stabilności systemu, uaktualnię go do wersji 5.10 (wciąż mam 5.04), a z wszystkimi łatkami całość będzie współpracowała. Nie dane mi jednak było wytrwać do aktualizacji.

Drobnostka - Flash - szczegół, który w zasadzie nie jest mi potrzebny, kojarzy się tylko z reklamami. Jakkolwiek - w Firefoksie instaluje się go stosunkowo prosto, jednak ta przeglądarka nie spełniała moich oczekiwać - chciałem Opery. Instalowałem ją kilkukrotnie, mniej więcej co drugi format. Dwukrotnie instalowałem też wtyczkę Flash - zgodnie z opisem ze stron Macromedii, ściągałem, instalowałem za pomocą terminala. Raz wyszło. Drugi raz nie. Potem próbowalem na tej samej instalacji - bez skutku. Nie zmartwiłem się jednak mocno - w końcu flasz był ostatnią rzeczą, jaka była mi potrzebna. Do czasu.

Dziś potrzebowalem skorzystać ze strony, której większa część (a przynajmniej ta ważniejsza) zbudowana była w oparciu o tę technologię. Nie ważne co to za strona i jakie były to informacje. Po prostu - potrzebowałem wtyczki.

Ale ja jestem cierpliwy człowiek - w odpowiednim miejscu menu kliknąłem na Firefoksa - on w końcu flasza ma, a jak chwilę go poużywam, nic mi sie nie stanie. Po kliknięciu, na panelu z otawrtymi oknami pojawił się napis "Starting Firefox Web Browser". Wiele aplikacji w podobny sposób się uruchamia, więc poczekałem - po około pół minucie napis jednak zniknął. Oczywiście Fx się nie otworzył. Jestem jednak cierpliwy - klikam drugi raz, trzeci - identyczna sytuacja.

Nie wiedziałem, co robić. Strona była potrzebna (właściwie nie mnie, stąd ten pośpiech, bo ja w gruncie rzeczy cierpliwy jestem), a ja nie mam możliwości jej otworzenia - jednak z racji bycia cierpliwym i konsekwentnym, zainstalowałem kolejną przeglądarkę - Epiphany. Ta jednak także się nie uruchamiała, tyle chociaż, że informowała o błędzie.

Wtedy całą moją cierpliwość trafił szlag - nigdy w życiu tak się nie wściekałem się na komputer - bądź co bądź głupią maszynę. Prawie całą moją wytrwałość schowałem do kieszeni i byłem w stanie kopać, gryźć i przeklinać.

Spokój ..

Już się uspokoiłem, jestem chory (co już mnie doprowadza do szału), nie mogę się więc denerwować. Siedzę więc, wpatruję się w idiotyczne pudło i nie wiem, co robić. Owej pożądanej strony oczywiście nie odwiedziłem, właściwie już trudno. Załóżmy, że zapomniałem. Wciąż jednak pozostaje wiele innych kwestii - nie jestem w stanie otworzyć aplikacji pisanych pod Windowsa - ot, choćby płytek z Wyborczej, na których bardzo mi zależało. Nie mogę słuchać muzyki, bowiem nigdy nie wiem, czy znów mi się Ubuntu nie wywali, nie widzę więc sensu doinstalowywania kodeków (co już samo w sobie jest idiotyzmem). Właściwie nic nie mogę zrobić, bowiem w ciągu kilku sekund wszystko mogę stracić - nie znasz dnia ani godziny, jak mówią .. Siedzę niczym na cudzym komputerze, byle czegoś źle nie dotknąć i myślę - co teraz? Wrócić do symbolu imperialistyczno-kapitalistycznej potęgi czy siedzieć na żałosnym złamasie, nie oferującym mi podstawowych funkcji, których wymagam od komputera.

Ja jestem jednak cierpliwy - pozostanę na tym ... ... i będę się nad sobą użalał. Dobranoc.


Krytyczniej

2006-04-11 19:44:27

Należę do osób, którym własne wady przysłaniają zalety - wychodzę z założenia, że jeśli pewną cechę uznam za zaletę, stanę się próżny - dlatego mam same wady. O swoich zaletach i zainteresowaniach nie mówię także z obawy, że ktoś zada mi pytanie, na które nie będę znał odpowiedzi - i wstyd.

Czymś, co niesamowicie przeszkadza mi w życiu, niszczy je i mnie dobija jest moja ogromna nieśmiałość - czasem w sklepie wstydzę się odezwać. Dziś wyczynem była rozmowa z facetem w wypożycalni - ja zadałem jedno pytanie, on odpowiadał. Tak, mój brak pewności siebie mnie niszczy - nie jestem w stanie nawiązać kontaktów z ludźmi, nie mam wielu znajomych, wiele spraw wstydzę, boję się załatwić. Martwię się o swoją przyszłość - że na przykład podczas rozmowy kwalifikacyjnej popełnię jakiś karygodny błąd, przez co nie zdobędę pracy, nie będę w stanie zapewnić godnego życia swojej rodzinie. To mnie przeraża, nie mogę spać po nocach, bo rozmyślam o swojej przyszłości.

Z nieśmiałością wiąże się także zupełna wstydliwość wobec kobiet, dziewczyn. Kilka tygodni temu byłem w pubie na koncercie z koleżanką - ona wszystko zaaranżowała, poprosiła, bym z nią poszedł. Od tego czasu się do mnie nie odzywa - nic nie zrobiłem. Dosłownie. Trzy godziny siedziałem bez słowa. Idiotyzm, prawda? Ale byłem jak sparaliżowany. Ba - do dziś nie jestem w stanie podejść i porozmawiać.

Inne wady? Lenistwo - nigdy nic nie chce mi się robić, ciągle bym w zasadzie leżał. Bajka. Ile wpisów leży nieskończonych jako Wpisy Robocze? Brakuje mi palców. Dalej - zapominalstwo - odwrócę się i nie pamiętam, że miałem coś pamiętać. Robię notatki - to w jakiś sposób pomaga.

Mógłby wymieniać długo - brak zorganizowania, bałaganiarstwo, czepialstwo (po obejrzeniu kiepskiego filmu :), jestem też humorzasty, choć wśród ludzi czasem mi mija.

Nie wiem, czy to można uznać za wadę - uprawiałem kiedyś sport (ba, nawet judo :), teraz jednak nic - nie mam nawet motywacji do lekkich biegów po lesie - co będę musiał zmienić - dziś po chwili biegu oczy miałem na wierzchu. Nie umiem też gotować - podobnie jak Nina - być może jednak przyjdzie z czasem. Również jestem naiwny - zasadniczo wierzę wszystkim i we wszystko. Od pewnego czasu jestem jednak przewrażliwiony na punkcie obcych ludzi - naiwność przerodziła się w zupełny brak zaufania - pewien czas temu zostałem napadnięty - teraz każdy, kto na przykład za mną idzie - jest potencjalnym oprawcą, przyspieszam kroku, a serce wali jak młot (choćby dziś, na przystanku - tłum ludzi, centrum miasta, ale ja się boję - bo coś złego działo się w pobliżu - a działo się, oj działo). Potęguje to moja wyobraźnia, która czasem stwarza tak nieprawdopodobne historie .. A ja we wszystko wierzę - w końcu jestem naiwny.

Mógłbym wymieniać wiele - być może kiedyś sporządzę listę wad, które chciałbym wyeliminować. Ten wpis mógłby mnie zmotywować - może komuś zdać za jakiś czas raport z postępów prac? Bylebym nie zapomniał.

Inne krytyczne spojrzenie na siebie: