Zawsze zachowywałem się w sposób odstający od ogólnie narzuconych zasad, z litością patrzyłem na tłum bezmyślnie biegnący w wyznaczonym kierunku. W wypadku komputera oznaczało to używanie Jabbera zamiast Gadu-Gadu czy Opery zamiast Internet Explorera. Uważałem, że kolejnym krokiem jest zupełna zamiana Windowsa na jakże, w moich oczach, elitarny system - Linux.
Dążyłem do tego długi czas - ściągałem kolejne dystrybucje, próbowałem instalować, czasem się udawało, czasem nie, ale konsekwentnie dążyłem do celu. Główną jednak barierą, już po instalacji, był brak umiejętności skonfigurowania połączenia z Internetem (Neostrada ze Speedtouchem 330). I na to jednak, w wyniku mojej konsekwencji, znalazłem sposób - być może wiele osób przekręciłoby się, gdyby dowiedziało się, że to jakiś automatyczny skrypt - ja jednak uznałem, że na początek wystarczy. Mniej więcej miesiąc temu stałem się szczęśliwym posiadaczem działającego Ubuntu. Wszystko było tu zupełnie inne, cieszyłem się każdą kolejną stroną, wciąż nie wierzyłem w swoje szczęście - było to zwieńczeniu kilkumiesięcznej walki.
Bodaj już następnego dnia szczęście lekko się oddaliło - podczas uruchamiania komputera, wyświetlił się błąd, konkretnie chodziło o System X. Uznałem, że to w wyniku instalacji wielu programów, o których tyle czytałem, a nigdy nie widzałem na oczy. Nie wiedząc, na co się decyduje, sformatowałem zupełnie dysk (wtedy Ubuntu dzieliłem jeszcze z Windowsem z cennymi [dla mnie] danymi). Zachłysnąwszy się bowiem Linuksem uznałem, że Windows już mi się nie przyda. Wszystkie dane przepadły, ja jednak znów posiadałem działający system.
Sytuacja powtórzyła się kilkunastokrotnie (na serio!), ja wciąż jednak stosowałem żelazną konsekwencję i raz po raz formatowałem, instalowałem etc ..
Od pewnego czasu cieszę się stabilnym system, nie był to jednak koniec koszmaru - po każdym uruchomieniu musiałem ponownie uruchamiać skrypt konfigurujący Neostradę. Jestem jednak cierpliwy i konsekwentny. Myślałem wtedy, że gdy będę stuprocentowo pewny stabilności systemu, uaktualnię go do wersji 5.10 (wciąż mam 5.04), a z wszystkimi łatkami całość będzie współpracowała. Nie dane mi jednak było wytrwać do aktualizacji.
Drobnostka - Flash - szczegół, który w zasadzie nie jest mi potrzebny, kojarzy się tylko z reklamami. Jakkolwiek - w Firefoksie instaluje się go stosunkowo prosto, jednak ta przeglądarka nie spełniała moich oczekiwać - chciałem Opery. Instalowałem ją kilkukrotnie, mniej więcej co drugi format. Dwukrotnie instalowałem też wtyczkę Flash - zgodnie z opisem ze stron Macromedii, ściągałem, instalowałem za pomocą terminala. Raz wyszło. Drugi raz nie. Potem próbowalem na tej samej instalacji - bez skutku. Nie zmartwiłem się jednak mocno - w końcu flasz był ostatnią rzeczą, jaka była mi potrzebna. Do czasu.
Dziś potrzebowalem skorzystać ze strony, której większa część (a przynajmniej ta ważniejsza) zbudowana była w oparciu o tę technologię. Nie ważne co to za strona i jakie były to informacje. Po prostu - potrzebowałem wtyczki.
Ale ja jestem cierpliwy człowiek - w odpowiednim miejscu menu kliknąłem na Firefoksa - on w końcu flasza ma, a jak chwilę go poużywam, nic mi sie nie stanie. Po kliknięciu, na panelu z otawrtymi oknami pojawił się napis "Starting Firefox Web Browser". Wiele aplikacji w podobny sposób się uruchamia, więc poczekałem - po około pół minucie napis jednak zniknął. Oczywiście Fx się nie otworzył. Jestem jednak cierpliwy - klikam drugi raz, trzeci - identyczna sytuacja.
Nie wiedziałem, co robić. Strona była potrzebna (właściwie nie mnie, stąd ten pośpiech, bo ja w gruncie rzeczy cierpliwy jestem), a ja nie mam możliwości jej otworzenia - jednak z racji bycia cierpliwym i konsekwentnym, zainstalowałem kolejną przeglądarkę - Epiphany. Ta jednak także się nie uruchamiała, tyle chociaż, że informowała o błędzie.
Wtedy całą moją cierpliwość trafił szlag - nigdy w życiu tak się nie wściekałem się na komputer - bądź co bądź głupią maszynę. Prawie całą moją wytrwałość schowałem do kieszeni i byłem w stanie kopać, gryźć i przeklinać.
Spokój ..
Już się uspokoiłem, jestem chory (co już mnie doprowadza do szału), nie mogę się więc denerwować. Siedzę więc, wpatruję się w idiotyczne pudło i nie wiem, co robić. Owej pożądanej strony oczywiście nie odwiedziłem, właściwie już trudno. Załóżmy, że zapomniałem. Wciąż jednak pozostaje wiele innych kwestii - nie jestem w stanie otworzyć aplikacji pisanych pod Windowsa - ot, choćby płytek z Wyborczej, na których bardzo mi zależało. Nie mogę słuchać muzyki, bowiem nigdy nie wiem, czy znów mi się Ubuntu nie wywali, nie widzę więc sensu doinstalowywania kodeków (co już samo w sobie jest idiotyzmem). Właściwie nic nie mogę zrobić, bowiem w ciągu kilku sekund wszystko mogę stracić - nie znasz dnia ani godziny, jak mówią .. Siedzę niczym na cudzym komputerze, byle czegoś źle nie dotknąć i myślę - co teraz? Wrócić do symbolu imperialistyczno-kapitalistycznej potęgi czy siedzieć na żałosnym złamasie, nie oferującym mi podstawowych funkcji, których wymagam od komputera.
Ja jestem jednak cierpliwy - pozostanę na tym ... ... i będę się nad sobą użalał. Dobranoc.