Steve Wilson kojarzy się przede wszystkim jako założyciel i 'mózg' Porcupine Tree. Chociaż ten zespół jest najbardziej znany, warto pamiętać, że jego skład wyłonił się w czasie sesji nagraniowych No-Mana: projektu z dwoma stałymi muzykami- sferą muzyczną zajmuje się Wilson, autorem tekstów i wokalistą jest Bowness. Ostatnią jak do tej pory płytę- 'Together we're stranger' wydali w roku 2003. Chociaż na rok 2008 planowana jest premiera następnego albumu, zespół został przesłonięty przez inny projekt Wilsona- Blackfield, który wydał w międzyczasie dwa albumy.
No-Man po kilku- moim zdaniem dosyć udanych, ale też nie wyróżniających się zbytnio (teraz miłośnicy 'Wild Opera' mogą mnie zjeść) albumach nagrał płytę 'Returning Jesus'. Pierwszy raz słyszałem ją 10 września 2001. Dość symboliczna to data- 24 godziny później już nic nie było takie samo. 'Tylko rock' podkreślił istotę tej płyty: jest ona niezwykle wyciszona i spokojna. Przy pierwszym przesłuchaniu może wydawać się monotonna, ale trudno oczekiwać szokujących zmian po płycie na której 'nawet kontrasty są wyciszone'. Przychylam się do opinii że ta, podobnie jak i następna- 'Together we're stranger'- płyta No-Man jest pewnego rodzaju albumem koncepcyjnym- ale nie w tradycyjnym ujęciu. Obydwa albumy pod względem tekstowym są swego rodzaju zapisem percepcji świata i międzyludzkich relacji Bownessa. Utwory często wynikają z siebie i zawierają pewne wspólne motywy- można powiedzieć, że cytaty- z innych utworów.
Pewien minimalizm i sposób kostruowania utworów może się kojarzyć z post rockiem. Ale nie szufladki są tutaj ważne- płyta jest po prostu piękna. 56 minut urzekającej i niezwykle wyciszonej i atmosferycznej muzyki...
2007-07-09 10:47:03
Edytuj
Led Zeppelin był na tyle utożsamiany z Page'em i Plantem, że gdy były gitarzysta z byłym wokalistą nagrali płytę w latach dziewięćdziesiątych, wręcz zawrzało od komentarzy w stylu powrót legendy. Trwało to chwilę- oceny były różne, także krytyczne. Tymczasem trzeci z żyjących muzyków- John Paul Jones wrócił do zajęć producenckich. Nagrał kilka ścieżek dźwiękowych do filmów, wystąpił na trasie Diamandy Galas (której płytę także wyprodukował). Albumów z autorskimi kompozycjami (nie będącymi przy tym ilustracją muzyczną do filmów) nie nagrywał aż do 1999.
Płyta 'Zooma' będąca swego rodzaju debiutem solowym Jones'a jest w pełni instrumentalna. Ponieważ podstawowym (i ukochanym) instrumentem muzyka jest gitara basowa, część kompozycji jest nagrana tylko przy udziale perkusji i różnie przesterowanych basów. Nie jest to muzyka, która z łatwością wpada w ucho, a mimo to nie wymaga poświęcenia jej uwagi bez reszty: sposób, w jaki skonstruowane są nie za długie (ok. 6 minutowe) kompozycje wynika nie z jakichś przepisów muzycznych, ile ochoty Jonesa na eksperymentowanie: można więc powiedzieć, że jest to muzyka w pełni autorska. Problemem przy pierwszym przesłuchaniu płyty może być kompletny brak wokalu- nie ma nawet wokaliz, wszystko rozgrywa się w muzycznych dialogach instrumentów (co może kojarzyć się z jazzem). Surowość niektórych numerów może kojarzyć się z późniejszymi dokonaniami new rock revival
Drugi (i póki co ostatni) album Jonesa- 'The thunderthief' przede wszystkim jest mocniejsza- oględnie mówiąc jest to rozimprowizowany i rozpędzony hard-rock, ale i utwory folkowe. Kompzycje są bardziej domknięte- jakby mniej pozwalające na ewentualne koncertowe improwizacje. Płyta może bardziej kojarzyć się z dokonaniami Led Zeppelin właśnie przez połączenie folku i rocka. Część utworów jest instrumentalna, ale w części występuje wokalista. Wydaje mi się, że ewentualną przygodę z dwoma płytami Jonesa lepiej zacząć od drugiej. Z tego co mi wiadomo, obydwa albumy są dobrze dostępne w Polsce. Naprawdę warto!
2007-02-22 15:51:43
Edytuj
W pewnym momencie Layne Staley mówi: 'dawno nie graliśmy tak dobrego koncertu', na co Jerry Cantrell odpowiada: 'w zasadzie dawno nie graliśmy żadnego koncertu'. Nagranie w serii MTV unplugged miało miejsce w 1996 roku. Od końca 1993 roku Alice In Chains w ogóle nie grało koncertów. Dowcip Cantrella byłby może śmieszny, gdyby nie wygląd muzyków: Inez i Kinney jakoś się trzymali. Jerry podobno zatruł się hamburgerem, natomiast Layne... Cóż, długie rękawy swetra, żeby nie było widać blizn po igłach, ciemne okulary- to zdecydowanie był początek końca i zespołu, i życia Staley'a.
Po ponad dziesięciu latach album brzmi niewiarygodnie. W moim przekonaniu jest to najlepsze nagranie z serii 'MTV unplugged'. Koncert Nirvany ma wiele genialnych momentów. Odbiór tej płyty Alice in chains to doświadczenie na pół magiczne. To brzmienie słabnącego życia: szczególnie mocno brzmi nowa wersja 'Would?'. Ale wcześniej są dwa niesamowite kawałki: 'Angry chair' i 'Rooster' (słusznie chyba uważany za jeden z najlepszych antywojennych utworów).
Ma to być raczej popularyzatorskie, niż krytyczne, więc jeśli macie, to odsłuchujcie, jeśli nie, to żałujcie.
W nowym roku wszystkim życzę wiele dobrego. No i obiecuję poprawę, jeżeli chodzi o częstotliwość wpisów. Dobrych rzeczy do zrecenzowania trochę się zebrało.
2007-01-05 13:35:40
Edytuj
Niedawno minęły cztery lata od- w moim przypadku- bardzo długo wyczekiwanego debiutu Audioslave. Po świetnej 'The battle of Los Angeles' Zack postanowił odejść z zespołu, pożegnanie zostało przypieczętowane 'Renegades'- całkiem udanym zbiorem coverów. Ale informacja, że do bandu o roboczej nazwie Civilian udało się ściągnąć Chrisa Cornell'a- to była prawdziwa sensacja. Trafne porównanie mówiło o sytuacji, w której do Pink Floyd po odejściu Watersa dołączyłby Robert Plant (swoją drogą warto zapoznać się z intrygującą płytą 'Born Again' Black Sabbath nagrane z udziałem Iana Gillana...). Tak- to było coś. Świetna, pełna energii muzyka RATM z potężnym gardłem Soundgarden... do tej pory pamiętam dreszcze, które przechodziły mi po plecach z pierwszymi dźwiękami 'Cochise'. Bardzo lubię ten album: i mocniejszą część, i tą bardziej 'melancholijną'- kojarzącą się z całonocną jazdą po 66 road.
'Out of exile' zawiódł mnie na całej linii. Wokale udziwnione i wyciągane na siłę zagłuszały dość kiepskie aranżacje. Melancholia stała się pozą tak groteskową, że w najgorszych momentach było blisko do kiczu. Nie o tej płycie chciałbym jednak napisać. 'Revelations'- wydane wczoraj promuje singiel 'Original fire'. Bardzo rytmiczny, bardzo 'imprezowy', przywodzący trochę na myśl AC/DC. Podobny jest utwór tytułowy- otwierający płytę. Zamiast wokalnych udziwnień Cornell wali prościej i mocniej. Wydaje mi się, że płyta jest znacznie lepsza od 'Out...', bo zamiast poszukiwać jakiś nowych, nieodkrytych brzmień, albo popadać w starczą pierdołowatość, zespół brzmi jakby podirytowany wszedł do studia, zagrał co na sercu leży, nagrał i wydał. Znacznie lepiej.
Przy czym oprócz eksplorowania okolic energetycznych- 'Original fire' i 'Revelations', a także dość wyciszonych, ale pulsujących- 'Sound of gun' Audioslave wtargnęło w okolice bluesowo podlanego hard- rocka- 'Broken city' (a potem 'Jewel of the summertime', ale nieco inaczej- tu złośliwiec dostrzeże pewne pokrewieństwo z Kravitzem) jest tego ewidentnym przykładem: brzmienie może kojarzyć się znów z AC/DC ale spokojniejszym. Po czym 'Somedays' daje kopa w uszy. Ale tak, jak dawał go 'Badmotorfinger'- to już psychodeliczny kawałek z obowiązkowym wyciszeniem. Ale krótkim- potem 'Shape of things to come'. I znów Soundgarden przebija się przez to, co robi Morello- żadnych zabaw z dźwiękiem. Zasada 'spokojna zwrotka i czadowy refren' znakomicie się tu sprawdza. Potem Audioslave polityczne: 'Wide awake'- ale tylko treść przypomina czasy RATM. Gitara może kojarzyć się z solową płytą Cornella- jest to bardzo 'jego' utwór. Podobnie jak następny 'Nothing left to say but goodbye'. Album kończy 'Moth'- prawdziwa hybryda. Słychać tu i Cornella solowego (a siłą rzeczy Soundgarden) i RATM i bluesa. Znakomity kawałek. Znakomita płyta.
2006-09-06 17:48:38
Edytuj
Larry Fischer urodził się w 1945 roku. Z początkiem lat sześćdziesiątych, będąc pod wrażeniem popularności rocka, sam zaczął tworzyć piosenki. Wkrótce potem zostaje wyrzucony ze szkoły za śpiewanie w klasie. Matka Larry'ego bardzo łatwo pozbyła się "problemu" oddając niepełnoletniego jeszcze syna do szpitala psychiatrycznego. Tamże stwierdzono u niego schizofrenie paranoidalną i poddano elektrowstrząsom, co pozostawiło trawły ślad w psychice Fischera. W chwilach większej świadomości wspomina on też o tym, że na zmianę z elektrowstrząsami poddano go terapii faramkologicznej. [Z opisu jego przypadku wygląda na to, że miał po prostu ADHD].
Po wyjściu ze szpitala (1964), aż do 2004 roku żył "od miejsca do miejsca". Zarabiał początkowo śpiewając piosenki "za 10 centów"- teksty wymyślał na poczekaniu, styl jego śpiewu- połączenie krzyku, szeptu i jęków zwrócił uwagę Franka Zappy. Od tej chwili Fischer trafił do show biznesu. Nie było mu tam specjalnie dobrze, ale też nie skarżył się na reguły w nim panujące. Zawsze był artystą niszowym, ale w taki sposób, że był znany przez muzyków- wspominają o nim członkowie Devo, Rolling Stones, no i oczywiście rodzina Zappów.
Muzyka, którą stworzył, nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych. Brzmi jak najbardziej odjechane fragmenty twórczości Zappy. Myślę, że tak brzmiałaby płyta Syda Barreta nagrana w najgorszym jego okresie.
Smutno się kończy historia Fischera- trafił do domu opieki, od 2004 nie napisał żadnej piosenki i nie bardzo kontaktuje się z otoczeniem.
2006-02-02 12:15:02
Edytuj