Bret Easton Ellis: 'Księżycowy park'

Mam nadzieję, że wkrótce wrzucę tu coś innego niż recenzję książki. Tymczasem, po fali zainteresowania twórczością Welsha, sięgnąłem po najnowszą powieść autora kultowego w pewnych kręgach- Breta E. Ellisa. Wydaje mi się, że w Polsce stał się znany dzięki ekranizacji bodaj nasłynniejszej swojej powieści- 'American Psycho' z bardzo dobrą kreacją Christiana Bale'a. Kultowość pisarstwa Ellisa zdaje się wynikać z kontrowersyjności, ale takiej, jaką można spotkać u Houllebecq: wstrząsające wydarzenia w tle mają wyraźne normy moralne, jakimi kieruje się narrator.

'Księżycowy park' łączy dość odległe gatunki- są w nim elementy autobiograficzne, sporo sensacji i kryminału- aż po horror. Dla niewielu autorów takim materiałem- żeby nie powiedzieć "odżywką" dla twórczości jest własne życie. Mimo, że Ellis w zasadzie wiele o wydarzeniach ze swojego życia nie pisze (chociaż może się to narzucać, bo narrator i jednocześnie bohater powieści ma imię i nazwisko autora), to jednak wyciągał (i nadal wyciąga) rzeczy dość intymne i- być może- bolesne.

Fabuła- dość prosta- pokazuje koszmar codzienności- bohater nie jawi się jako uznany pisarz, ale ćpun z przerośniętym ego. Zdaje się być obojętny- ale szybko okazuje się, że jest to tylko gra pozorów. Wystarczą wydarzenia, które sugerują ingerencję ducha zmarłego (i znienawidzonego) ojca, żeby domek z kart- codzienność błyskawicznie upadł. Czynności zaradcze, jakie wobec nowej sytuacji podejmuje Bret przypominają muchę w miodzie. Nie radził sobie z codziennością, jak może poradzić sobie z wydarzeniami paranormalnymi?

Niezwykle ostro zarysowano jednak problemy wymagań- moralnych, prawnych, obyczajowych- jakie stawia się człowiekowi, jeśli ma być ojcem i mężem. Chłopięcy urok i chęć uprawiania seksu ze wszystkim, co się rusza, raczej nie przystaje do tych wymogów. Bohater-narrator, czasem ironista- a czasem cynik w pewnym momencie zostaje sam i wtedy zaczyna się dla niego droga- a jak zakończona zdradzić nie zamierzam.

Ojciec, który tak bardzo zranił bohatera odzywa się także w nim samym. Co może zrobić Bret aby odzyskać kontakt z synem- co robi rzeczywiście- pasjonująca jest relacja między- właściwie wzgardzoym i odrzuconym synem i ojcem, który nigdy nie potrafił spełnić oczekiwań dziecka. Mimo całej pogardy wobec swego ojca Bret musi- chociaż nie chce- odpowiedzieć na pytanie, czy jest lepszy. Czy odejdzie z wygodnego i bezpiecznego schronienia? Znakomita powieść, w której przy każdej lekturze można dostrzec coś nowego...

Bret Easton Ellis: Księżycowy Park tłum. M. Szymański. Poznań 2006

Skomentuj (1) 2007-06-07 13:38:58 Edytuj

Szkot po raz kolejny

Bardzo nie lubię pewnego określenia Almodovara-jako-artysty: 'Bunuel stylu punk'. Efektowne porównanie, które kompletnie nie oddaje istoty twórczości (no, jeżeli już, to nie stylu punk, tylko stylu camp, ale o tym- kiedy indziej). Generalnie porównania do rzeczy istniejących wcześniej ale w nowej jakości wyglądają dziwnie- przypomnę jeszcze jedno: Acid Drinkers- Guns'n'Roses na obrotach Metalliki.

Tym niemniej powieść Welsha najłatwiej byłoby mi określić jako 'czarny kryminał w stylu toksycznej literatury'. Welsh po raz kolejny odwiedza Edynburg (zwłaszcza Leith), ale tym razem przygląda się pracy detektywa Robertsona. Nie jest to postać przyjemna. Dowiadujemy się o trudnym dzieciństwie, ale kreatura, jaka w jego wyniku wyrosła przypomina raczej co większe męty z 'Sin city' Millera. Korupcja, narkomania, alkoholizm, przestępstwa większe i mniejsze- nic nie jest obce detektywowi Robertsonowi. Wizja awansu kusi i nęci. Nieważne są przyjaźnie i wszelkie relacje międzyludzkie. Wszystko można wykorzystać do osiagnięcia własnych celów.

Ohyda! Tak można podsumować głównego bohatera: jest fizjologicznie upośledzony, wszystkie jego stany psychiczne są natychmiast odzwierciedlane przez nowe liszaje, wysypki i inne przykrości. W przypadku takiej postaci wyrzutów sumienia nie może symbolizować co innego niż... świeżo nabyty tasiemiec. Dzięki jego obecności otrzymujemy miejscami, za przeproszeniem, rozpieprzoną segmentami tego uroczego płazińca narrację. Pasożyt dosłownie się wcina (musi więc być uzbrojony) w monologi, też dosyć pasożytnicze, swojego gospodarza. Analogia między dwoma narratorami, oczywiście ohydna, zdaje się być jak najbardziej słuszna.

Pławienie się w ścieku charakterystyki głównego bohatera należy niewątpliwie do większych przyjemności. Ale- jak zawsze u Welsha odnaleźć można specyficzny obraz obyczajowy niższych klas społeczeństwa. Robertson pochodzi z rodziny górniczej, ale pewne okoliczności czynią go pasożytem w klasach nieco wyższych. Można jednak snuć podejrzenia, że dla Welsha wszyscy bohaterowie powieści są pewnego rodzaju pasożytami. A już z pewnością są ohydni.

Kolejne genialne porównanie: Welsh w tym przypadku to Bosch literatury na haju. I tym miłym akcentem...

Irvine Welsh: Ohyda, tłum. Jacek Spólny, Poznań 2003.

Skomentuj (0) 2007-05-30 20:14:41 Edytuj

Irvine Welsh: 'Porno'

Swego czasu oglądałem 'Trainspotting' Boyle'a kilka razy w miesiącu. Przygody Rentona, Sick Boy'a i innych ćpunów z Leith były opowiedziane z przewrotną ironią. Potem, kiedy czytałem książkowy pierwowzór, zauważyłem, że część wątków została całkowicie pominięta. Nie o 'Traisnpotting' będę jednak pisał...

Dziesięć lat później bowiem Franco wychodzi z więzienia, gdzie przebywał za zabójstwo, Sick Boy wylatuje z roboty w londyńskim pubie- ale otrzymuje możliwość rozkręcenia własnego interesu w Leith, Renton świetnie się bawi za wiadome pieniądze, a Danny jakoś żyje- z dnia na dzień... Poza tym pojawia się Nikki- angielska studentka na szkockim uniwersytecie.

Początkowo można odnieść wrażenie, że głównym narratorem i bohaterem będzie Sick-boy, czyli po prostu Chory- w tej części po prostu Simon, trzydziestoparoletni podrywacz i mitoman. Ma on wielki plan zdobycia olbrzymiej fortuny: nie jest możliwe wypromowanie pubu w Leith, gdyż jego klientela odstrasza potencjalnych 'nowych' Edynburczyków. Ale na porządnego pornosa zawsze znajdzie się chętny. Trzeba tylko znaleźć aktorów, co nie jest specjalnie trudne- stary kumpel Simona, Terry, zajmuje się nagrywaniem orgii i umieszczaniem ich w internecie. Jednak co innego sfilmować seks, a co innego nakręcić pornosa. Dość szybko zaprzyjaźnieni studenci wydziału filmu przyłączają się do tworzenia. Produkcja jednak kosztuje. I wtedy Simon przypadkowo dowiaduje się o niewiarygodnym amsterdamskim sukcesie znienawidzonego (z wiadomych powodów) Marka Rentona- Czynsza...

Podobnie jak 'Trainspotting', jest 'Porno' powieścią o upodleniu. Starsi o dziesięć lat bohaterowie są w stanie zrobić mniej więcej to samo dla kasy, co wcześniej robili dla działki pierwszorzędnego towaru. Simon, który nienawidzi i gardzi innymi, jest gotów na sprzymierzenie się z wrogiem- Rentonem kierowany tylko marzeniem o nieokreślonej zemście. Każdy moment, w którym może pokazać swoją wyższość nad innymi osobami, jest dla niego chwilą zapomnienia, nie jest w stanie dążyć do większego celu: to wreszcie stanowić będzie o jego zgubie. Jest on chyba najbardziej przegraną postacią książki, mimo całej błyskotliwości okazywanej w rozmowach z innymi: symboliczna staje się scena 'rozmowy' z Franco w szpitalu: tylko oni zostają w starym Leith, nigdy się nie poddadzą- za to szybko znikną.

Inni bohaterowie przeżywają pomniejsze, ale i tak bolesne porażki. Od Danny'ego odchodzi żona, Renton nie potrafi uzyskać tak pożądanego wybaczenia, a Nikki zostanie potraktowane jak szmata przez osobę, którą naprawdę kocha- cóż jednak dziwnego, skoro jej księciem z bajki ma być Simon?

Pod względem formy- widać przede wszystkim różnice w języku postaci. Nie mówią one w sposób tak nieskładny jak w 'Trainspotting'- jest to nadal slang, ale zachowujący przynajmniej podstawowe reguły gramatyki. Im bliżej źródła- Leith- tym bardziej Simon i Renton porzucają nabytą manierę poprawnego mówienia. Narracja rozwija się w podobny, jak w 'Ślepych torach' sposób: każdy z bohaterów mówi o wydarzeniach z różnej perspektywy, tylko czasami wypowiedzi nieznacznie się pokrywają pod względem treści. Akcja przez to wartko posuwa się do przodu. Nie sposób odmówić efektu różnorodności, jaki powoduje udział wielu narratorów.

No i chyba najważniejsze- Welshowi po raz kolejny udało się stworzyć poruszający pejzaż Leith- specyficznej pod każdym względem dzielnicy Edynburga. Z pełnowartościowymi postaciami, które tylko przelotnie spotykają głównych bohaterów. Czyta się to wszystko znakomicie- warto się zapoznać (a jeśli ktoś wcześniej nie czytał 'Ślepych torów', czyli- 'Trainspottinga'- musi to koniecznie nadrobić przed tą lekturą).

Irvine Welsh: Porno tłum. Jarosław Rybski. Kraków 2006.

Skomentuj (1) 2007-04-18 15:24:05 Edytuj

Philip K. Dick: 'Oko na niebie'

Nie znam zbyt dobrze twórczości Philipa K. Dicka. Książki, jakie dotychczas przeczytałem zazwyczaj mi się podobały (chociaż 'Człowiek z wysokiego zamku' miejscami miał słabsze momenty). Notatka wydawcy z okładki wydała mi się na tyle interesująca, że wypożyczyłem 'Oko na niebie'. Obszerna nowela opowiada o grupie ludzi, którzy ulegają wypadkowi w akceleratorze nowego typu. Jego konsekwencją jest zaburzenie postrzegania świata (dokładniejszy opis zdradziłby zbyt wiele). To, co wcześniej było niemożliwe, okazuje się całkiem realne. Modlitwy powodują spełnienie się przekazywanych przez nie próśb, świat jest areną, w której działają siły niebios.

Dick w odważny sposób charakteryzuje lata pięćdziesiąte w USA. Podejrzenia i wzajemna nieufność (związana z zimną wojną) osiągają apogeum- niektórzy wolą poświęcić przyjaciół z lęku przed oskarżeniem o współpracę z nielegalną partią komunistyczną. Podziały potrafią nawet rozbić- a przynajmniej zagrozić- małżeństwom, wcześniej bezgranicznie sobie ufającym. Przerysowanie pewnych aspektów (a zwłaszcza nieustannej kontroli) przywodzi na myśl dystopie Orwella. Dick jednak nie odpowiada na pytanie, czy USA lat pięćdziesiątych są spełnieniem wizji Brytyjczyka. Zajmuje się światem, w którym na przebieg wydarzeń ma wpływ nie tylko los.

Trudno nie zauważyć pewnej schematyczności w przebiegu wydarzeń. Moim zdaniem wynika ona z pewnego 'zachłyśnięcia się' możliwością, jaką daje główny pomysł napędzający fabułę. Charakterystyka bohaterów jest niepełna, właściwie główny bohater nie wyróżnia się z grupy niczym, oprócz ilości poświęconych mu opisów. Sposób prowadzenia narracji jest nieco irytujący, bo autor wyraźnie waloryzuje jedne postawy, a drugie wręcz gani (znając późniejsze problemy psychiczne Dicka warto przyjrzeć się w jaki sposó przebiega podział między 'pozytywnym' a 'negatywnym').

Książka na pewno nie odrzuci potencjalnego czytelnika, ale jej nieznajomość nie będzie- jak przypuszczam- źródłem nieszczęść dla tegoż.

Philip K. Dick: Oko na niebie, tłum. Katarzyna Mioduszewicz, Warszawa 1999

Skomentuj (1) 2007-02-08 15:17:40 Edytuj

Wieniedikt Jerofiejew: 'Zapiski psychopaty'

Dzięki pomyłce pani w bibliotece, zamiast jednego, poznałem dwóch rosyjskich pisarzy. Co prawda o tym samym nazwisku i w podobnym wieku, jednak- jeśli dobrze się orientuję- nie będących krewnymi. Wiktor Jerofiejew kiedyś doczeka się notki na mojej jabbie. Tymczasem przeczytałem 'Zapiski psychopaty' Wienedikta Jerofiejewa. Pisarz ten czerpał materiał na swoją prozę z życia- widać to zarówno w jego dziełach 'fabularnych' jak i w swego rodzaju dzienniku- spowiedzi, czyli 'Zapiskach psychopaty' właśnie. Wspomnienia Jerofiejewa obejmują lata 1956- 1958.

Życie Jerofiejewa nie należało do łatwych, dlatego lektura 'Zapisków psychopaty' może być przeżyciem wstrząsającym. Świat widziany oczami alkoholika, niemal szaleńca, jest pełen bólu i nieszczęścia. Momenty wisielczego humoru są nieliczne i chociaż mogą budzić śmiech, powodują raczej zaschnięcie w gardle i niemal fizyczny ból. Może się kojarzyć wizja Jerofiejewa z 'Księgą Koholeta', tyle że jest wielokroć brutalniejsza. Bo i życie jest brutalne.

Pisarstwo Jerofiejewa było zawsze do bólu osobiste. Tym bardziej jego dziennik jest niemal ekhibicjonistyczną spowiedzią- alkoholika, degenerata- człowieka, który nie pasował nigdy i nigdzie. To proza pisana krwią

Wieniedikt Jerofiejew: Zapiski psychopaty, tłum. Irena Lewandowska, Kraków 2002

Skomentuj (0) 2007-02-08 15:17:38 Edytuj

Haruki Murakami: 'Sputnik sweetheart'

Haruki Murakami jest pisarzem, który świetnie opisuje współczesność. 'Sputnik sweetheart' pozornie jest powieścią obyczajowym o trójkącie: chłopak kocha dziewczynę, ale ona kocha kobietę. W pewnym momencie historia zmienia się nam ni to w kryminał, ni to w japoński horror: dziewczyna znika, rozwiewa się jak dym. A przecież to, co w powieści się dzieje jest mało istotne w porównaniu z tym, co dzieje się w bohaterach.

Samotność w tłumie- to jest chyba istota całego pisarstwa Murakamiego. W Japonii żyje ponad 100 milionów ludzi. Relacje między nimi są (jeśli wierzyć socjologom) coraz bardziej powierzchowne i przypadkowe. Murakami dostrzegł tendencję do bycia samotnym mimo tak licznego otoczenia.

Bohaterowie 'Sputnik sweetheart' jedzą, kochają, cierpią- w samotności. Więzi między chłopakiem i dziewczyną oraz dziewczyną i kobietą są więziami niespełnienia. Zresztą jest ono niemożliwe. Dążenie do szczęścia z drugim wymaga wszak chęci tego drugiego. Na nieszczęście bohaterów ich drogi życiowe są równoległe. Ot, sputniki na różnych orbitach. Niewzwykłe jest to, że dzięki osamotnieniu wydają się tacy ludzcy i tak bliscy...

Haruki Murakami: Sputnik Sweetheart, tłum. Aldona Możdzyńska, Warszawa 2003

H

Skomentuj (0) 2007-02-08 15:17:36 Edytuj

Rafał A. Ziemkiewicz: 'Viagra mać'

Ziemkiewicz to postać, której- jak sądzę- przedstawiać nie trzeba. 'Viagra mać' to zbiór jego tekstów okołofelietonistycznych. Część była zapewne publikowana, ale uległa przeróbce. Część ma swoją premierę w tej książce. Wiadomo, że Ziemkiewicz jest radykalnym prawicowcem, warto wszakże przypomnieć, iż znajduje się na liście osobistych wrogów ojca Rydzyka. Fakt, na liście wrogów Michnika także się znajduje. Preferuje on to, co ks. Dadaczyński (o którym wkrótce popełnię jakiś wpis), czyli myślenie w poprzek. Polega to z grubsza na tym, że zamiast przyjąć prawdy ogólnie obj... znaczy uznane, raczej broni swojej opinii, która jest nieelegancka, nieprzyzwoita i- przede wszystkim- niepoprawna politycznie. Z punktu widzenia antropologa słuszne jest to, co pisze o czarnoskórej mniejszości w USA, ale już nie do końca to, co pisze o Afrykanach. Tu jest to kwestia tego, co uznamy za ważniejsze.

Nie można jednak Ziemkiewiczowi odmówić konsekwencji i tego, że aby dowieść swojej racji przekopuje masę różnego rodzaju opracowań. Oczywiste dla części archiwistów (no i Ziemkiewicza) jest np. to, że historia inkwizycji pisana z perspektywy osób stojących po przeciwnej stronie barykady (czyli protestantów) zawierać będzie pewne- dość liczne- przekłamania. Oczywiste dla psychologów (no i Ziemkiewicza) jest to, że doktor Spock to raczej postać, która powinna zostać czym prędzej zapomniana, a nie wzór cnót. I tak dalej i tym podobne.

Dla mnie szczególnie wartościowe są teksty, w których Ziemkiewicz rozprawia się z neomagią, czyli 'Feng Shu i spółka.'. O czym wkrótce, na antropoblogu (wiem, wiem- kryptoreklama). No ale jeżeli ktoś nie przepada za poetyką i treścią felietonów neocon, to chyba powinien sobie odpuścić tę lekturę. Szkoda tracić nerwów.

Rafał A. Ziemkiewcz: Viagra mać, Lublin 2002

Skomentuj (0) 2006-11-14 15:20:06 Edytuj

Haruki Murakami: 'Wszystkie boże dzieci tańczą'

'Nalewający wrzątku do czajniczka i nucący coś pod nosem Żaba zachowywał się i wyglądał jak prawdziwa żaba'

Zdanie to znajduje się w jednym z opowiadań ('Wszystkie boże dzieci...' zawierają ich sześć) i- w moim przekonaniu- jest znakomitym przykładem na to, co przykuwa uwagę w prozie Japończyka. Każda opowiedziana historia związana jest- w różnym stopniu- z trzęsieniem ziemi w Kobe. Pełni ono różne funkcje: jest początkiem akcji, pretekstem do podjęcia innej akcji, wreszcie- rozwiązaniem trudnych sytuacji, swego rodzaju ulgą. Klimat panujący w opowiadaniach- przede wszystkim tajemnica, może się kojarzyć z atmosferą oryginalnego 'Kręgu'. Niepokoi nie tylko treść- na próżno szukać tak wygodnych dla 'europejskiego' umysłu- pewnych rozwiązań. Właściwie ważniejsza jest droga, jaką pokonują bohaterowie. I znów- nie jest to droga ze startem i metą. Murakami łapie bohaterów w takim wydarzeniu ich życia, które zmusza ich do zmiany wytyczonego celu, wytrąca z bezpiecznego i pewnego świata. Opowiadania nie kończą się osiągnięciem celu. Końcowy wynik ich działań jest wysoce niepewny, właściwie pozostaje kwestią otwartą, czy osiągną cel, jaki zamierzyli.

Zbiór otwiera cytat z 'Szalonego Piotrusia' Godarda: Kobieta mówi w nim, że to straszne, iż nie wiadomo nic o 115 partyzantach, którzy zginęli. Są tylko pozycjami w statystyce. Właśnie tacy bohaterowie, niepozorni i właściwie nie posiadający żadnych cech, które wyróżniałyby ich w tłumie. Nadaje to całości nieco reportażowy charakter, bo bohaterowie tylko kwestią autorskiego wyboru. Za takim odbiorem przemawia też język opowiadań: pozornie prosty, opisujący, a przecież najeżony paradoksami. Ale- czyż życie nie jest paradoksalne?

Skomentuj (0) 2006-11-14 14:53:32 Edytuj

Charles Bukowski: 'Faktotum'

W tym odcinku brutalnej prozy życia Henry Chinaski poszukuje pracy. Oczywiście nie jest to jakiś nowy, lepszy Henry, ale pijak i dziwkarz znany z wcześniejszych i późniejszych utworów Bukowskiego. Schemat typowej powieści Amerykanina, a zatem: 'poznałem ją, pieprzyliśmy się, poznałem inną, pieprzyliśmy się, uchlałem się, poznałem jeszcze inną..." przerwany jest tak dziwaczną na tego bohatera czynnością, jak poszukiwanie pracy. Chinaski, czyli niewykwalifikowany jełop o olbrzymiej skłonności do alkoholu, początkujący pisarz, znajdue różne ciekawe zajęcia. Pracuje w fabryce psich krakersów, firmie spedycyjnej i jeszcze kilkunastu innych, po parę dni, bo przecież jest szanującym się menelem. Niezmienne pozostają jego autodestrukcyjne zapędy w dobieraniu partnerek i hazardzie.

Wielbicielom twórczości Bukowskiego książki polecać nie trzeba, śmiem jednak twierdzić, że ci, którzy jeszcze go nie znają, powinni zacząć od innej pozycji: ' Z szynką raz!' jest znacznie lepszym początkiem znajomości. Co nie zmienia faktu, że tak bogatego pejzażu amerykańskich nieudaczników i outsiderów nie spotka się nawet w najbardziej zbuntowanych fragmentach Kerouaca (o którym kiedyś tu będzie).

Charles Bukowski: Faktotum. Tłum. J.K. Kelus. Warszawa 2005

Skomentuj (0) 2006-10-16 08:03:14 Edytuj

Joanna Fabicka: 'Szalone życie Rudolfa', 'Świńskim truchtem', 'Seks i inne przykrości'

Wtręt biograficzny taki jeden: Joanna Fabicka jest żoną Sławomira, który zasłynął etiudą 'Męska sprawa' jakiś czas temu. Sama jako filmoznawczyni, tudzież montażystka, zajmuje się filmem i od strony teoretycznej, i od praktycznej. Wpływa to w jakiś sposób na zawartość jej powieści (od razu dodam, że lekkich i przyjemnych, bardzo śmiesznych, ale zawierających celne- i cenne- obserwacje polskiego życia codziennego), zarówno od strony fabularnej- o czym za chwilę- jak i sposób budowania akcji, oparty na ukochanej filmowej zasadzie, że na początku powinno być trzęsienie ziemi, a potem napięcie wzrasta. W dodatku wiele scen budowanych jest na zasadzie sytuacyjno-słownej komedii pomyłek.

Trzy powieści (+ 'Tango ortodonto', które nie wiem czy już zostało wydane) stanowią cykl o pewnej polskiej rodzinie. Nie jest to jednak historia z Jeżycjady wzięta, albowiem najbardziej patologiczne jednostki u Musierowicz w powieściach Fabickiej mogłyby grać wzorce osobowe. Pod jednym dachem pewnego warszawkiego baraku (jak czule o nim mówi Rudolf) mieszka czteropokoleniowa rodzina. Spotykamy więc babcię-z-demencją, która przed wojną stanowiła konkurencję dla Poli Negri, w czasie wojny uwikłała się w lesbijski romans, a u schyłku życia odbiło jej do reszty i podróżuje po świecie (co prowadzi do ostatecznego odejścia, ale dopiero w trzecim tomie), rodziców: sfrustrowanego kulturoznawcę, który niegdyś był dyrektorem galerii, potem szkoły, a wreszcie staje się posłem Partii Sejmowego Planktonu, matkę- feministkę wojującą z nieudany, afro na głowie, która w okolicy trzeciego tomu uświadomi sobie, że przeoczyła wychowanie Rudolfa, będącego głównym bohaterem powieści. Jak na głównego bohatera przystało posiada on cechy hipochondryka, egoisty i narcyza w jednym. Ma wadę zgryzu, ale chce być wielkim aktorem. Czwartym pokoleniem jest kukułcze jajo- Gonzo- podrzucone przez roztargnionego brata- Filipa i jego żonę. Dziecko w pełni patologiczne, którego umiłowanie destrukcji wprowadziłoby Freuda w zdumienie.

Na początku każdej części cyklu wydaje się, że mamy do czynienia z normalną (w szerokim pojęciu tego słowa) rodziną. Szybko okazuje się jednak, że to tylko pozory. Główny bohater zachowuje się jak chimeryczna wersja bohaterów Woody'ego Allena. Krytycznie spoglądający na rzeczywistość, kompletnie traci dystans, kiedy zaczyna mówić o sobie. Nikt go nie lubi (co w sumie nie dziwi, zważywszy na to, że jest połączeniem życiowej pierdoły z innymi wadami), nie radzi sobie w życiu i w ogóle jest takim typem, w kontakcie z którym można się zacząć zastanawiać, jakim cudem nie zabiły go geny letalne, z których w większości się składa. Ale czytelnik polubi głównego bohatera, bo niczym jurodiwyj mówi on bolesną prawdę o rzeczywistości polskiej, która nie tylko skrzeczy, ale i piszczy, i warczy.

Joanna Fabicka Szalone życie Rudolfa, Warszawa 2002; Świńskim truchtem, Warszawa 2004; Seks i inne przykrości, Warszawa 2005

 

Skomentuj (0) 2006-10-07 06:30:04 Edytuj

Leonie Swann: 'Sprawiedliwość owiec'

Wakacyjny bestseller ma podtytuł 'filozoficzna powieść kryminalna'. Na ostatniej stronie okładki znajduje się przywołanie 'Folwarku zwierzęcego' i 'Wodnikowego wzgórza' jako wzorców, a może raczej- literatury podobnej klimatyczno- tematycznie. O ile nie znam drugiej powieści, to z pierwszą ma dziełko Swann tyleż wspólnego, że w obu książkach główną rolę 'grają' zwierzęta. Trudno też nazwać powieść kryminałem. Jest tajemnicza śmierć George'a- pasterza, którą chcą wyjaśnić owce z jego stada. Jest masa mylących tropów. Ostatecznie jednak powstał portret ludzkich zachowań i motywów. George, przebity szpadlem, leży na łące. Szybko okazuje się, że wiele osób miało motyw, żeby go zabić.

Filozoficzna- też brzmi zbyt dumnie. Owce, nie znając ludzkich motywów, same wyjaśniają sobie różne przejawy społecznego żywota. Za Boga biorą pastora, próbują zrozumieć relacje pomiędzy mieszkańcami Glennkill. Najbardziej filozoficznie robi się, kiedy są w stadzie i o stadzie mówią. Trudy bycia owcą, z przycinaniem ogonków i strzyżeniem futra, a także spotkanie z nową rasą tucznych są puktem wyjścia dla uwag na temat problemów życia codziennego, a potem- przez uogólnienie pożywką dla złotych myśli w stylu 'żadna owca nie może opuścić stada, chyba że do stada wróci'. Czyta się książkę bardzo łatwo i lekko, a po lekturze zostaje trochę sympatii dla bohaterów. Jednak jest to powieść typowo wakacyjna, ze szczęśliwym zakończeniem, w kórym wyjaśnione jest wszystko, żeby czytelnik spokojnie mógł drzemać w hamaku. Aby nie komplikować sobie sprawy, w trudniejszych przypadkach Swann nie zdaje się na inteligencję owiec, tylko wprowadza ludzi, którzy prawie jak osoby dramatu mówią o czynach i motywach. Po paru tygodniach niewiele zostanie z treści książki. Może wspomniany slogan, a może nawet on nie. Taki już, widać, charakter bestsellerów.

Leonnie Swann Sprawiedliwość owiec. Filozoficzna powieść kryminalna. tłum. Jan Kraśko. Warszawa 2006

Skomentuj (0) 2006-09-28 09:17:27 Edytuj

Michel Houellebecq: 'Możliwość wyspy'

Houellebecq jest bardzo nielubiany przez 'Pokolenie '68' i jego fanów. W Polsce oberwało mu się od Tadeusza Sobolewskiego, sympatycznej filmoznawczej pierdoły, która serce ma po lewej stronie. Sęk w tym, że Houellebecq po prostu krytykuje świętości, jakie dla niektórych stanowią 'osiągnięcia' zbuntowanej młodzieży. Obrywa się i hedonizmowi, i bierności wobec islamu. No i w każdej książce czemu innemu: w 'Cząstkach elementarnych' rewolucji seksualnej, w 'Platformie'- dwulicowej moralności zachodniej Europy. Oczywiście 'po drodze' szczególnej krytyce poddany jest islam. Światopogląd Houellebecq'a wygląda na konsewatywny.

'Możliwość wyspy' ma na celu- właśnie: powieści Houellebecq'a zawsze mają jakiś cel- napiętnowanie duchowej pustki zachodnich społeczeństw. Przede wszystkim rzecz rozbija się o prosty fakt, że nawet najprostsze ludzkie czynności zawierają element społeczny, którego wartości nie da się przeliczyć, ani- tym bardziej- racjonalnie zmierzyć. Podstawa, czyli człowiek jako zwierzę stadne rozwija się w wirtualnej-ale-jeszcze-bezkomputerowej rzeczywistości w przyjaźń i towarzyszące jej emocje. Jeżeli wyklucza się rzeczywistość duchową, dochodzi do paradoksów w postaci sukcesów feng-shui, przedkładania homeopatii nad leczenie i eksplozji kretyńskich sekt ofiarujących szczęście wieczne za 500 euro plus vat.

Elohimici są właśnie taką sektą. Główny bohater jest komikiem, który przypadkiem do niej trafia. Bez przekonania raczej, zwłaszcza że jest świadom manipulacyjnych technik, którymi posługuje się guru. Sam stosował je często w swojej pracy dość prymitywnego w swych metodach rozśmieszacza: tytuły jego spektakli/projektów: 'Wolimy palestyńskie dziwki' czy 'Swingersi na autostradzie' znakomicie oddają ich zawartość. Jest niewątpliwie alter ego autora, zważywszy na ilość pornograficznych i jawnie niepoprawnych politycznie, żeby nie powiedzieć rasistowskich opinii w książce. Elohimici oferują swoim wyznawcom życie wieczne w postaci serii nowych opakowań zawierających dane mieszczące się w DNA. Warunkiem jest przepisanie całego majątku na konto sekty. Wiemy, że się udało, a z ludzkości klasycznej pozostało niewiele. Niedobitki po kolejnej wojnie włóczą się od miasta do miasta. Tak wygląda przyszłość. W teraźniejszości Daniel- główny bohater- starzeje się coraz mocniej i podupada na możliwościach seksualnych, co jest naprawdę problematyczne i jednak budzi w nim jakieś głębsze zainteresowanie ofertą sekty. Opowieść Daniela jest przepleciona komentarzami jego 24 i 25 wcielenia. Czyli sekcie się udało stworzyć niespołecznych neoludzi? Jednak nie. Gdy ostatni z Danielów rozważa powieść życia pierwszego, dochodzi do wniosku, że chce spróbować nowego życia- nie jako samotnej wyspy. Czy istnieje możliwość wyspy neoludzi? W każdym razie rusza na jej poszukiwanie.

Powieść ta jest jednak słabsza od 'Platformy' i wyraźnie gorsza od 'Cząstek elementarnych'. Bezkompromisowa pozostaje niepoprawność polityczna. Ale jakoś mi brakowało świeżości. Pora czekać na piątą książkę.

Michel Houellebecq Możliwość wyspy Warszawa 2006

Skomentuj (0) 2006-09-25 14:26:07 Edytuj

Jean- Pierre Ohl 'Pan Dick, czyli dziesiąta książka'

Debiutancka powieść Ohla należy do dość modnego ostatnimi czasy gatunku- kryminału literackiego, a ściślej i używając paskudnego neologizmu- literaturowego. Co się kryje pod tym pojęciem? Cała gama pisarzy, poczynając od Perez- Reverte'a, na Pearl'u kończąc: o pisanie metatekstualne, w którym oprócz kryminalnej intrygi klucz do zagadki znajduje się w twórczości (i życiu) jakiegoś pisarza. W przypadku Ohla mamy do czynienia z kręgiem Dickensowskim. Autor ten, chociaż obecnie przypominany przy okazji premiery 'Olivera Twista', wydaje się znikać coraz mocniej pod olbrzymią ilością nowych publikacji. Tym niemniej jego status za jego życia był bardzo wysoki- człowiek- instytucja, wyrocznia. David W. Griffith, który jest chyba jeszcze bardziej zapomnianym reżyserem, niż Dickens pisarzem, nazywał tego ostatniego 'nauczycielem narracji'. Co warto wspomnieć, przebijając się przez nieme, trzygodzinne produkcje Amerykanina. Ale nie o nim teraz: Dickens słynął z gęstego, wielowątkowego i bogatego opisu rzeczywistości, poprzetykanego dygresjami, malutkimi narracjami. Ale pod koniec życia, poruszony sukcesami powieści kryminalnych, postanawia napisać 'Tajemnicę Edwina Drood'a', właśnie w jej stylistyce. Umiera, nie ukończywszy jej. A po jego śmierci narastają spekulacje na temat tego, jak autor 'Wielkich nadziei' chciał skończyć ostatnią powieść.

'Pan Dick...' to powieść współczesna. Do tej pory można spotkać fanów Dickensa, a Dickensowskie kluby istnieją chyba nawet w Polsce. Główni bohaterowie powieści to Francois Daumal i Michel Mangetime: zafascynowani dorobkiem pisarza Francuzi: przyjaciele i odwieczni adwersarze. W moim odczuciu skonstruowani na bardzo scenariuszowo- filmowej metodzie: jeden jest naturalnym dopełnieniem drugiego. Co zresztą zauważa trzeci bohater, nieco wycofany w cień i tajemniczy pan Krook. I teraz uwaga: powieść zawiera częściowo naukowe/popularno-naukowe tezy literaturoznawców, którzy usiłowali odgadnąć zakończenie 'Tajemnicy Edwina Drood'a'. Ohl brawurowo połączył je z literackim śledztwem swych bohaterów. Poszukiwanie odpowiedzi na literacką zagadkę kryminalną faktycznie przypomina śledztwo. Tym niemniej prowadzi do prawdziwej zbrodni... Istotną zaletą powieści Ohla jest sposób budowania bohaterów, mają swoją biografię, której poszczególne wydarzenia stają się przyczyną konkretnych zachowań. Można pokusić się o stwierdzenie, że są to bohaterowie Dickensowscy, w pełni ludzcy, raczej zdokumentowani, niż wymyśleni

Jak na dobrą postmodernistyczną powieść przystało, elementy układanki pozornie do siebie nie pasują. Do czasu znalezienia klucza, tytułowej 'dziesiątej książki'. O tej książce lepiej napisać za mało niż za dużo, starałem zawrzeć mniej psujów, niż informacja na ostatniej stronie okładki.

Jean-Pierre OhlPan Dick, czyli dziesiąta książka tłum. Grażyna Majcher, Warszawa 2005

Skomentuj (1) 2006-09-25 12:59:22 Edytuj

Nobel?

Zazwyczaj staram się zapoznać z choćby jedną pozycją literackiego noblisty. Dzięki temu poznałem Naipaula, którego wygrana stała się w Polsce powodem do żartów z powodu trudnego do wymówienia nazwiska [??]. Czasem odkrycia literackie są bardziej interesujące, czasem mniej: rzecz gustu.

Hertę Muller poznałem inaczej- była wymieniana jako jedna z kandydatek do ubiegłorocznej nagrody. Akurat trafiła do moich rąk książka "Sercątko", która bardzo mocno mnie wciągnęła- gęsta, poetycka proza z czasów dyktatury Caecescu w Rumunii. Nie jest to czytadło. Obrazy, które Muller maluje słowami są bardzo sugestywne, każde zdanie to osobista wizja fragmentu świata. Krytycy ochrzcili to wschodnim realizmem antymagicznym. Coś jest niewątpliwie na rzeczy, bo środki, jakimi autorka opisuje świat trochę przypominają realno- magiczny styl. Wizje to jednak ciężkie, naiwnej nadziei, a właściwie- żadnej nadziei tu nie ma. Człowiek bywa- błędem. A życie jest jak pierdnięcie w latarnię [to zresztą tytuł powieści Muller dopiero w planach wydawniczych]. Gorąco polecam, także powieści "Dziś wolałabym siebie nie spotkać" i "Lis już wtedy był myśliwym". Kawał świetnej współczesnej niemieckiej prozy

Laureatem ostatniej nagrody został dramaturg Harold Pinter, ale jego noblowska przemowa, delikatnie mówiąc, zniechęciła mnie do zapoznawania się z jego dziełami.

Kłopot mam też z powieściami Jelinek- austriackiej noblistki AD 2004. Bezkompromisowe, połamane formy. Ale dla mnie to silenie się na odwagę, pozowanie na proroka, co wypada albo sztucznie, albo wulgarnie. Nie czuję tej prozy- zupełnie inaczej niż u Muller. Szkoda, że ta ostatnia przegrała w wyścigu z Pinterem

Skomentuj (0) 2006-08-02 11:22:54 Edytuj

Keith Devlin 'Żegnaj Kartezjuszu'

Lingwistyka kojarzy się rzeszom jako miła, humanistyczna nauka o języku. Nic bardziej mylnego. Między innymi o tym, w swojej książce, pisze Keith Devlin. Autor- profesor logiki (ale matematycznej), zajmuje się w tym dziele problemem, jaki pojawił się w opozycji pomiędzy wizją nauki, zaproponowaną przez Kartezjusza- w której, prędzej czy później, zostanie odkryte wszystko, a niemożnością matematycznego/logicznego opisu działań ludzkich- co za tym idzie, porażką badań nad AI. Odkrycie Chomsky'ego, które wprowadziło lingwistykę, wcześniej opisową, w twardy- zaczerpnięty z logiki zapis reguł i schematów, nie pomogło w ruszenie prac nad sztuczną inteligencją.

Najistotniejszym problemem, jaki stoi przed twórcą AI, jest nieadekwatność zapisu logicznego do schematów myślenia. Wbrew buńczucznemu tytułowi, nie jest książka Devlina negacją myśli kartezjańskiej. Podtytuł- "rozstanie z logiką w poszukiwaniu nowej kosmologii umysłu" sugeruje tylko Kuhnowską zmianę paradygmatu- na rzecz kognitywistycznego ujęcia procesów myślowych.

Pozycja dość interesująca dla bujających w obłokach fanach Deluze'a, ale i- jak myślę- dla programistów. Patrząc na problemy, z jakimi obecnie borykają się kognitywiści z własną teorią, trochę jednak przyjdzie poczekać na pierwszą próbę "algorytmu kognitywistycznego". O ile kiedyś w ogóle powstanie

Keith DevlinŻegnaj Kartezjuszu. Rozstanie z logiką w poszukiwaniu nowej kosmologii umysłu. Tłum. Barbara Stanosz, Warszawa 1999

Skomentuj (0) 2006-06-20 19:16:17 Edytuj

Philippe Besson: 'Pod nieobecność mężczyzn'

Akcja powieści Bessona rozgrywa się latem 1916 roku, w Paryżu. Główny bohater- Vincent, mający szesnaście lat- w drugim roku wojny przeżywa pierwszą fascynację. Jest homoseksualistą, pewnego wieczoru poznaje Marcela Prousta: między nimi rozwija się niejednoznaczne uczucie: widać tu fascynację, ale również próbę stworzenia relacji mistrz- uczeń, ojciec- syn. Równolegle do tego wątku rozwija się, ograniczany czasowo, bo tygodniowy romans między Vincentem a Arturem: młodym żołnierzem, synem służącej, przebywającego na przepustce. Taki kosmos uczuć staje się pełnią życia uczuciowego Vincenta: Proust jest mu przyjacielem i powiernikiem; Artur: kochankiem.

Trudno przy tym wszystkim zaliczyć "Pod nieobecność mężczyzn" do literatury gejowskiej. Nie jest to powieść estetyzowana, emocje odgrywają dużą rolę w powieści: właściwie to powieść o emocjach. Wydaje mi się, że autor chciał faktycznie wykorzystać sytuację: liczne romanse z kobietami "pod nieobecność mężczyzn" stają się w jakiś sposób oczywiste. Relacja w trójkącie [który jest trójkątem z różnych przyczyn] Proust- Vincent- Artur jest czymś nie tylko nieoczywistym, ale i skandalicznym. Poza tym, co istotne, duża część powieści dotyka raczej tematów śmierci i pragnienia życia: życie jako takie nie przypomina karnawału [o czym może kiedyś napiszę przy okazji Holinghursta], śmierć staje się niemalże pewnością; być może wybawieniem?

Oczywiście, przed przeczytaniem "Pod nieobecność mężczyzn" należy przygotować się na homoseksualną relację związku. Ale Besson nie zostawia człowieka jakąś kukiełką: wie dobrze, że jeśli nie chce mieć efektu sztuczności powinien pisać o emocjach i robi to. Jest w tej powieści coś, co nazwałbym francuskim echem realizmu poetyckiego, a może wspomnieniem o czasie Proustowskim? Czas, a za nim cała rzeczywistość nabiera pewnej płynności, a przy tym staje się uchwytny.

Philippe Besson: Pod nieobecność mężczyzn, tłum. E. Wieleżyńska, Warszawa 2003

Skomentuj (3) 2006-05-04 20:52:01 Edytuj

Neil Postman 'Zabawić się na śmierć'

O MacLuhanie, jego teorii globalnej wnioski i treści medium jako takiego pewnie wszyscu już słyszeli. W swoich rozważaniach wysnuł on koncepcję Galaktyki Gutenberga, do której zaliczył druk oraz- oddzielną i przeciwstawną- Galaktykę Marconiego, w której umieścił kino, radio i telewizję. W zasadzie MacLuhan jest optymistą- wierzy w to, że kultura w obydwu "galaktykach" będzie się rozwijać: choć stanowią one oddzielne media, kierunek rozwoju, postęp kultury będzie następował.

Neil Postman, o którego pierwszej ważniejszej pracy (w Polsce wydanej najpóźniej; dostępne są tegoż "Technopol" i "W stronę XVIII stulecia", które to książki polecam do przeczytania, zanim ktoś umrze, bo myśli że jak wejdzie sobie w Tibii do knajpy, to jeść nie musi) "Zabawić się na śmierć" zajmuje się amerykańską (co jest istotne dla rozważań) telewizją: od razu należy zaznaczyć, że lat 80tych XX wieku. Już sama epoka była boleśnie migotliwa i błaha, w dodatku w amerykańskiej telewizji tamtego okresu zostało to podniesionie do potęgi. Obrazki- kultura obrazków i fakt, że nikt nie widzi w niej zagrożenie nakierowuje Postmana na trop Huxleya: w przeciwieństwie do Orwella, wieszczącego zniewolenie i śmierć społeczną człowieka, w wyniku tego, iż stał się niewolnikiem systemu, autor ten zauważa, że znacznie niebezpiecziejsza jest ta słodka trucizna. Postman identyfikuje ją z tanią funkcją rozrywkową tv jako takiej.

Przy tym wszystkim pozostaje on wyznawcą kultu druku. Nieprzypadkowo powołuje się na Franklina (dzięki Ben za to, że wynalazłeś czas letni...) i jego mieszczańsko- protestancką etykę, która rozwinęła się dzięki możliwości druku i dostępu do Biblii, potem także innych pism. Wspomniana wyżej książka "W stronę XVIII stulecia" jest wyrazem tęsknoty do czasów, gdy wszystko było oparte na jasnym i klarownym sposobie przekazu: na druku. Idealizacja epoki oświecenia, zwłaszcza w Ameryce, jest podstawą do negacji rozrywkowej, pełnej kolorowych obrazków, ale w sferze treści puściutkiej telewizji

W przeciwieństwie do MacLuhana, Postman uważa Galaktykę Telewizji (kino i radio nie wchodzi w sferę jego rozważań) jako zło, które spowoduje wieczny regres- w stronę ubawionego zwierzaka: w "Amused to death" Roger Waters przywołuje obraz małpy siedzącej na kupie kamieni, oglądającej wciąż rozgrywający się telewizyjny spektakl blichtru. Postman jest bliski tej wizji: jest bardzo pesymistycznie nastawiony co do przyszłości kultury, nie widzi możliwości naprawy telewizji jako medium: błahość to treść medium- gdy transmitowany jest dowolny obrzęd religijny, na pierwszym miejscu są ludzie w telewizorze, na drugim- ci przed telewizorem. Bóg jest na trzecim: następuje desakralizacja sacrum, zniszczenie istoty jego idei. Według Postmana to ogólne prawo utelewizyjnienia życia: już nie jest się Kimś, ale Showmanem.

Jest to książka nie tyle popularno-naukowa, co bardzo eseistyczna: autor daje nam swoją wizję, wysoce subiektywną, ale podpartą dowodami. Czy musi być taka przyszłość, jaką wieszczy? Niekoniecznie. Ale warto jednak wziąć pod uwagę racje pesymisty- ostrzeżenie przed zaślepieniem zawsze jest przydatne.

Skomentuj (0) 2006-04-28 13:37:38 Edytuj

Stanisław Lem: 'Szpital przemienienia'

Jedna z pierwszych powieści Lema: ukończona w 1948 roku, wydana po raz pierwszy w 1955- zdecydowanie nie należy do literatury science- fiction. Główny bohater- Stefan Trzyniecki- to młody lekarz, który na początku II wojny światowej trafia do sanatorium dla osób chorych psychicznie. Duszna atmosfera tego ośrodka przywołuje na myśl "Czarodziejską górę" Tomasza Manna. Nie jest jednak proroczą wizją nazizmu, ale apokalipsą spełnioną. Kulturowe naznaczenie "domu wariatów", które tak istotnie podjął Foucalt, powoduje, że umieszczenie akcji właśnie tam, w czasie IIWŚ, jest wyborem moralnym. Fakt, że czas biegnie tam inaczej, wolniej niż wokół, powoduje wrażenie obserwowania much uwięzionych w słoiku z miodem: powolne i nieświadome zmierzanie ku śmierci.

Istotną i złowieszczą postacią powieści jest dr Kauters. Niemiecki neurochirurg, który spokojnie obserwuje, jak rak czyni coraz większe postępy w organiźmie chorego, a następnie- podczas operacji, zabawia się mózgiem operowanego- jest on dla niego przedmiotem eksperymentów. W dodatku rzeczony lekarz oprawia swoje książki w skórę z ud kobiecych. Przypomina z jednej strony Fausta, zafascynowanego możliwościami nauki, z drugiej- jako żywo staje przed oczami Mengele. W decydującej chwili lekarz, obywatel Niemiec, nie podejmuje żadnych działań. W przeciwieństwie do dyrektora, niepozornego jąkały, który jednak wierzy w przysięgę Hipokratesa.

Akt zbiorowego morderstwa pacjentów jest oczywisty. W szpitalnej rzeczywistości dzieją się rzeczy straszne: pogarda wobec chorego jest stanem naturalnym; ale jest to jednak pogarda osobowa: mimo wszystko przyznaje się "im" status społeczny- są ludźmi. Niemcy idą o krok dalej, likwidują pasożyty. Jak powiedziałem- działanie SS jawi się tu jako spełnienie majaków sennych niektórych lekarzy, z Kautersem na czele

Chaotyczny mój opis nie oddaje wartości powieści.

Dodać należy, że zdążył z nią przed styczniem 1949 i deklaracją o ważkości socrealizmu. W związku z tym zmuszono go do napisania dalszej części- zapomnianej i zabronionej do wznawiania przez autora- która utworzyła wreszcie trylogię o optymistycznym tytule "Czas nieutracony". W 1979 powstał film Edwarda Żebrowskiego na podstawie tej powieści. Oceny są różne- mi się nie podobał.

Skomentuj (2) 2006-04-27 18:49:56 Edytuj

D. Ackerman 'Historia naturalna miłości'

Trudno jednoznacznie zaklasyfikować dziełko Ackerman. Tytuł wskazuje na pewien stopień naukowości tekstu- teoretycznie powinien to być przynajmniej tekst popularno naukowy. Ale autorka jest też poetką, w rodzaju tych, które są bardzo patetyczne. Zamiast "czym" zapyta "czymże". Kwestia przyzwyczajenia do stylu? Ogólnie książka Ackerman ma jakieś wewnętrzne pokrewieństwo z "Świętym piątym żywiołem" Starhawk (czyli powieści), jak i do świetnej prozy-baśni terapeutycznej: "Biegnącej z wilkami" C.P. Estes. Kojarzy mi się to z genderowym nurtem w psychoterapii, wykorzystującym dokonania psychologii głębi Junga.

O ile jednak książka Estes ma zadanie terapeutyczne, trudno określić cel Ackerman. Po pierwsze, tytuł jest zwodniczy. Historia naturalna: czyli, po pierwsze forma naukowa, w jakiś sposób zdyscyplinowana założeniami nauki, po drugie- dotykająca raczej sfery seksualności człowieka. Na dobrą sprawę tytuł jest oksymoronem. Historia naturalna czegoś niematerialnego? Ale, ale... pani Ackerman jest poetką. Ma romantyczne wyobrażenie o miłości, "ogniu płonącym w sercu". Zatem- traktuje jako punkt wyjścia założenie, że zawsze istniała miłość w romatycznym jej rozumieniu. Zaczyna opisywać jej dzieje od Kleopatry. W Grecji wszystko było do kitu pod tym względem, w Rzymie takoż, zatem zatrzymuje się nad mitem. I tak dalej.

Pióro Ackerman... Ma coś takiego w sobie, co można opisać łacińskim fascinans. To styl sam w sobie, niejako sztuka dla sztuki. I chyba tylko dla niego (ewentualnie paru miłosno-historycznych anegdot) można sięgnąć po dziełko. Wiedzy naukowej, w ścisłym znaczeniu tego terminu wiele tam nie ma. Myślę, że książka najlepiej wchodzi w zimowe wieczory, przy kominku. I, po seksistowsku stwierdzę, że kobieta będzie miała więcej satysfakcji z lektury niż mężczyzna...

Diane Ackerman: Historia naturalna miłości Warszawa 1997.

Skomentuj (0) 2006-04-22 10:51:41 Edytuj

Kategorie

Blogroll  |  Edytuj

Linki  |  Edytuj

MyBlogLog

Feeds

Valid XHTML 1.0 Strict