Szkot po raz kolejny
2007-05-30 20:14:41 Edytuj
Bardzo nie lubię pewnego określenia Almodovara-jako-artysty: 'Bunuel stylu punk'. Efektowne porównanie, które kompletnie nie oddaje istoty twórczości (no, jeżeli już, to nie stylu punk, tylko stylu camp, ale o tym- kiedy indziej). Generalnie porównania do rzeczy istniejących wcześniej ale w nowej jakości wyglądają dziwnie- przypomnę jeszcze jedno: Acid Drinkers- Guns'n'Roses na obrotach Metalliki.
Tym niemniej powieść Welsha najłatwiej byłoby mi określić jako 'czarny kryminał w stylu toksycznej literatury'. Welsh po raz kolejny odwiedza Edynburg (zwłaszcza Leith), ale tym razem przygląda się pracy detektywa Robertsona. Nie jest to postać przyjemna. Dowiadujemy się o trudnym dzieciństwie, ale kreatura, jaka w jego wyniku wyrosła przypomina raczej co większe męty z 'Sin city' Millera. Korupcja, narkomania, alkoholizm, przestępstwa większe i mniejsze- nic nie jest obce detektywowi Robertsonowi. Wizja awansu kusi i nęci. Nieważne są przyjaźnie i wszelkie relacje międzyludzkie. Wszystko można wykorzystać do osiagnięcia własnych celów.
Ohyda! Tak można podsumować głównego bohatera: jest fizjologicznie upośledzony, wszystkie jego stany psychiczne są natychmiast odzwierciedlane przez nowe liszaje, wysypki i inne przykrości. W przypadku takiej postaci wyrzutów sumienia nie może symbolizować co innego niż... świeżo nabyty tasiemiec. Dzięki jego obecności otrzymujemy miejscami, za przeproszeniem, rozpieprzoną segmentami tego uroczego płazińca narrację. Pasożyt dosłownie się wcina (musi więc być uzbrojony) w monologi, też dosyć pasożytnicze, swojego gospodarza. Analogia między dwoma narratorami, oczywiście ohydna, zdaje się być jak najbardziej słuszna.
Pławienie się w ścieku charakterystyki głównego bohatera należy niewątpliwie do większych przyjemności. Ale- jak zawsze u Welsha odnaleźć można specyficzny obraz obyczajowy niższych klas społeczeństwa. Robertson pochodzi z rodziny górniczej, ale pewne okoliczności czynią go pasożytem w klasach nieco wyższych. Można jednak snuć podejrzenia, że dla Welsha wszyscy bohaterowie powieści są pewnego rodzaju pasożytami. A już z pewnością są ohydni.
Kolejne genialne porównanie: Welsh w tym przypadku to Bosch literatury na haju. I tym miłym akcentem...
Irvine Welsh: Ohyda, tłum. Jacek Spólny, Poznań 2003.
Notka dodana do: książki .
Komentowana 0 raz(y)
Zostaw komentarz
Dozwolone tagi XHTML:
<a> <b> <i> <u> <tt> <code> <pre> <blockquote> <ul> <ol> <li> <acronym>
Link do trackbackowania | Śledź tę notkę (RSS)