'Głębokie gardło'

"Boogie nights' opowiada o wspaniałych czasach, jakie przeżywała branża porno przed AIDS. Cudowne lata siedemdziesiąte, niewiele odbiegające od 'normalnych' gale filmów XXX i atmosfera ciągłego podniecenia. Porno w pełnym rozkwicie, Paris Hilton jeszcze nie było, zatem amatorzy nie zagrażali profesjonalistom. Jeszcze w latach siedemdziesiątych filmy porno trafiały do regularnego kinowego obiegu.

Jeśli wierzyć mitowi, wszystko zaczęło się od 'Głębokiego gardła'. Film ten często jest przywoływany w dyskusji o erotyce filmowej. W chwili premiery 'Głębokiego gardła', że tak to ujmę, atmosfera przesiąknięta jest wolnością i psychedelikami. Film zrobił tak wielką furorę, że przyczynił się do pseudonimu informatora w aferze 'Watergate'... Magia kina.

Brutalnie rzecz sprowadzając na ziemię - 'Głębokie gardło' to pornol, z brzydkimi 'aktorkami' i obleśnymi facetami. Fabuła może stanowić wzorzec z Sevres fabuły filmu pornograficznego: główna bohaterka ma kiepskie życie erotyczne, bo jej łechtaczka mieści się głęboko w gardle. I to by było na tyle, bo w międzyczasie nieatrakcyjne męskie i damskie ciała dokonują czynności seksualnych i innych czynności seksualnych. Nuda

Tym niemniej jest parę 'smaczków', dla których warto zobaczyć to dziełko. Otóż tłem dźwiękowym dla scen seksu są utwory rockowe, dość mocno rozimprowizowane, natomiast orgazm sygnalizują w sferze obrazu bijące dzwony, startujące rakiety i inne takie. Mimo celu, jakim było podniecenie widza, film może obecnie, na rynku rządzonym przez Ashley Bagget czy Dru Berrymore wywołać to, co 'Pianistka': niechęć do seksu.

No więc i reasumując- jednak nie bardzo warto, a atmosfera kultu jest znacznie przesadzona.

Głębokie gardło (Deep Throat) (1972)
reżyseria i scenariusz: Gerard Damiano, zdjęcia Harry Flecks, występują: Linda Lovelace, Harry Reems, Dolly Sharp, Bill Harrison

Skomentuj (1) 2007-10-08 13:27:17 Edytuj

No-man - 'Returning Jesus' [2001]

Steve Wilson kojarzy się przede wszystkim jako założyciel i 'mózg' Porcupine Tree. Chociaż ten zespół jest najbardziej znany, warto pamiętać, że jego skład wyłonił się w czasie sesji nagraniowych No-Mana: projektu z dwoma stałymi muzykami- sferą muzyczną zajmuje się Wilson, autorem tekstów i wokalistą jest Bowness. Ostatnią jak do tej pory płytę- 'Together we're stranger' wydali w roku 2003. Chociaż na rok 2008 planowana jest premiera następnego albumu, zespół został przesłonięty przez inny projekt Wilsona- Blackfield, który wydał w międzyczasie dwa albumy.

No-Man po kilku- moim zdaniem dosyć udanych, ale też nie wyróżniających się zbytnio (teraz miłośnicy 'Wild Opera' mogą mnie zjeść) albumach nagrał płytę 'Returning Jesus'. Pierwszy raz słyszałem ją 10 września 2001. Dość symboliczna to data- 24 godziny później już nic nie było takie samo. 'Tylko rock' podkreślił istotę tej płyty: jest ona niezwykle wyciszona i spokojna. Przy pierwszym przesłuchaniu może wydawać się monotonna, ale trudno oczekiwać szokujących zmian po płycie na której 'nawet kontrasty są wyciszone'. Przychylam się do opinii że ta, podobnie jak i następna- 'Together we're stranger'- płyta No-Man jest pewnego rodzaju albumem koncepcyjnym- ale nie w tradycyjnym ujęciu. Obydwa albumy pod względem tekstowym są swego rodzaju zapisem percepcji świata i międzyludzkich relacji Bownessa. Utwory często wynikają z siebie i zawierają pewne wspólne motywy- można powiedzieć, że cytaty- z innych utworów.

Pewien minimalizm i sposób kostruowania utworów może się kojarzyć z post rockiem. Ale nie szufladki są tutaj ważne- płyta jest po prostu piękna. 56 minut urzekającej i niezwykle wyciszonej i atmosferycznej muzyki...

Skomentuj (0) 2007-07-09 10:47:03 Edytuj

Bret Easton Ellis: 'Księżycowy park'

Mam nadzieję, że wkrótce wrzucę tu coś innego niż recenzję książki. Tymczasem, po fali zainteresowania twórczością Welsha, sięgnąłem po najnowszą powieść autora kultowego w pewnych kręgach- Breta E. Ellisa. Wydaje mi się, że w Polsce stał się znany dzięki ekranizacji bodaj nasłynniejszej swojej powieści- 'American Psycho' z bardzo dobrą kreacją Christiana Bale'a. Kultowość pisarstwa Ellisa zdaje się wynikać z kontrowersyjności, ale takiej, jaką można spotkać u Houllebecq: wstrząsające wydarzenia w tle mają wyraźne normy moralne, jakimi kieruje się narrator.

'Księżycowy park' łączy dość odległe gatunki- są w nim elementy autobiograficzne, sporo sensacji i kryminału- aż po horror. Dla niewielu autorów takim materiałem- żeby nie powiedzieć "odżywką" dla twórczości jest własne życie. Mimo, że Ellis w zasadzie wiele o wydarzeniach ze swojego życia nie pisze (chociaż może się to narzucać, bo narrator i jednocześnie bohater powieści ma imię i nazwisko autora), to jednak wyciągał (i nadal wyciąga) rzeczy dość intymne i- być może- bolesne.

Fabuła- dość prosta- pokazuje koszmar codzienności- bohater nie jawi się jako uznany pisarz, ale ćpun z przerośniętym ego. Zdaje się być obojętny- ale szybko okazuje się, że jest to tylko gra pozorów. Wystarczą wydarzenia, które sugerują ingerencję ducha zmarłego (i znienawidzonego) ojca, żeby domek z kart- codzienność błyskawicznie upadł. Czynności zaradcze, jakie wobec nowej sytuacji podejmuje Bret przypominają muchę w miodzie. Nie radził sobie z codziennością, jak może poradzić sobie z wydarzeniami paranormalnymi?

Niezwykle ostro zarysowano jednak problemy wymagań- moralnych, prawnych, obyczajowych- jakie stawia się człowiekowi, jeśli ma być ojcem i mężem. Chłopięcy urok i chęć uprawiania seksu ze wszystkim, co się rusza, raczej nie przystaje do tych wymogów. Bohater-narrator, czasem ironista- a czasem cynik w pewnym momencie zostaje sam i wtedy zaczyna się dla niego droga- a jak zakończona zdradzić nie zamierzam.

Ojciec, który tak bardzo zranił bohatera odzywa się także w nim samym. Co może zrobić Bret aby odzyskać kontakt z synem- co robi rzeczywiście- pasjonująca jest relacja między- właściwie wzgardzoym i odrzuconym synem i ojcem, który nigdy nie potrafił spełnić oczekiwań dziecka. Mimo całej pogardy wobec swego ojca Bret musi- chociaż nie chce- odpowiedzieć na pytanie, czy jest lepszy. Czy odejdzie z wygodnego i bezpiecznego schronienia? Znakomita powieść, w której przy każdej lekturze można dostrzec coś nowego...

Bret Easton Ellis: Księżycowy Park tłum. M. Szymański. Poznań 2006

Skomentuj (1) 2007-06-07 13:38:58 Edytuj

Szkot po raz kolejny

Bardzo nie lubię pewnego określenia Almodovara-jako-artysty: 'Bunuel stylu punk'. Efektowne porównanie, które kompletnie nie oddaje istoty twórczości (no, jeżeli już, to nie stylu punk, tylko stylu camp, ale o tym- kiedy indziej). Generalnie porównania do rzeczy istniejących wcześniej ale w nowej jakości wyglądają dziwnie- przypomnę jeszcze jedno: Acid Drinkers- Guns'n'Roses na obrotach Metalliki.

Tym niemniej powieść Welsha najłatwiej byłoby mi określić jako 'czarny kryminał w stylu toksycznej literatury'. Welsh po raz kolejny odwiedza Edynburg (zwłaszcza Leith), ale tym razem przygląda się pracy detektywa Robertsona. Nie jest to postać przyjemna. Dowiadujemy się o trudnym dzieciństwie, ale kreatura, jaka w jego wyniku wyrosła przypomina raczej co większe męty z 'Sin city' Millera. Korupcja, narkomania, alkoholizm, przestępstwa większe i mniejsze- nic nie jest obce detektywowi Robertsonowi. Wizja awansu kusi i nęci. Nieważne są przyjaźnie i wszelkie relacje międzyludzkie. Wszystko można wykorzystać do osiagnięcia własnych celów.

Ohyda! Tak można podsumować głównego bohatera: jest fizjologicznie upośledzony, wszystkie jego stany psychiczne są natychmiast odzwierciedlane przez nowe liszaje, wysypki i inne przykrości. W przypadku takiej postaci wyrzutów sumienia nie może symbolizować co innego niż... świeżo nabyty tasiemiec. Dzięki jego obecności otrzymujemy miejscami, za przeproszeniem, rozpieprzoną segmentami tego uroczego płazińca narrację. Pasożyt dosłownie się wcina (musi więc być uzbrojony) w monologi, też dosyć pasożytnicze, swojego gospodarza. Analogia między dwoma narratorami, oczywiście ohydna, zdaje się być jak najbardziej słuszna.

Pławienie się w ścieku charakterystyki głównego bohatera należy niewątpliwie do większych przyjemności. Ale- jak zawsze u Welsha odnaleźć można specyficzny obraz obyczajowy niższych klas społeczeństwa. Robertson pochodzi z rodziny górniczej, ale pewne okoliczności czynią go pasożytem w klasach nieco wyższych. Można jednak snuć podejrzenia, że dla Welsha wszyscy bohaterowie powieści są pewnego rodzaju pasożytami. A już z pewnością są ohydni.

Kolejne genialne porównanie: Welsh w tym przypadku to Bosch literatury na haju. I tym miłym akcentem...

Irvine Welsh: Ohyda, tłum. Jacek Spólny, Poznań 2003.

Skomentuj (0) 2007-05-30 20:14:41 Edytuj

Irvine Welsh: 'Porno'

Swego czasu oglądałem 'Trainspotting' Boyle'a kilka razy w miesiącu. Przygody Rentona, Sick Boy'a i innych ćpunów z Leith były opowiedziane z przewrotną ironią. Potem, kiedy czytałem książkowy pierwowzór, zauważyłem, że część wątków została całkowicie pominięta. Nie o 'Traisnpotting' będę jednak pisał...

Dziesięć lat później bowiem Franco wychodzi z więzienia, gdzie przebywał za zabójstwo, Sick Boy wylatuje z roboty w londyńskim pubie- ale otrzymuje możliwość rozkręcenia własnego interesu w Leith, Renton świetnie się bawi za wiadome pieniądze, a Danny jakoś żyje- z dnia na dzień... Poza tym pojawia się Nikki- angielska studentka na szkockim uniwersytecie.

Początkowo można odnieść wrażenie, że głównym narratorem i bohaterem będzie Sick-boy, czyli po prostu Chory- w tej części po prostu Simon, trzydziestoparoletni podrywacz i mitoman. Ma on wielki plan zdobycia olbrzymiej fortuny: nie jest możliwe wypromowanie pubu w Leith, gdyż jego klientela odstrasza potencjalnych 'nowych' Edynburczyków. Ale na porządnego pornosa zawsze znajdzie się chętny. Trzeba tylko znaleźć aktorów, co nie jest specjalnie trudne- stary kumpel Simona, Terry, zajmuje się nagrywaniem orgii i umieszczaniem ich w internecie. Jednak co innego sfilmować seks, a co innego nakręcić pornosa. Dość szybko zaprzyjaźnieni studenci wydziału filmu przyłączają się do tworzenia. Produkcja jednak kosztuje. I wtedy Simon przypadkowo dowiaduje się o niewiarygodnym amsterdamskim sukcesie znienawidzonego (z wiadomych powodów) Marka Rentona- Czynsza...

Podobnie jak 'Trainspotting', jest 'Porno' powieścią o upodleniu. Starsi o dziesięć lat bohaterowie są w stanie zrobić mniej więcej to samo dla kasy, co wcześniej robili dla działki pierwszorzędnego towaru. Simon, który nienawidzi i gardzi innymi, jest gotów na sprzymierzenie się z wrogiem- Rentonem kierowany tylko marzeniem o nieokreślonej zemście. Każdy moment, w którym może pokazać swoją wyższość nad innymi osobami, jest dla niego chwilą zapomnienia, nie jest w stanie dążyć do większego celu: to wreszcie stanowić będzie o jego zgubie. Jest on chyba najbardziej przegraną postacią książki, mimo całej błyskotliwości okazywanej w rozmowach z innymi: symboliczna staje się scena 'rozmowy' z Franco w szpitalu: tylko oni zostają w starym Leith, nigdy się nie poddadzą- za to szybko znikną.

Inni bohaterowie przeżywają pomniejsze, ale i tak bolesne porażki. Od Danny'ego odchodzi żona, Renton nie potrafi uzyskać tak pożądanego wybaczenia, a Nikki zostanie potraktowane jak szmata przez osobę, którą naprawdę kocha- cóż jednak dziwnego, skoro jej księciem z bajki ma być Simon?

Pod względem formy- widać przede wszystkim różnice w języku postaci. Nie mówią one w sposób tak nieskładny jak w 'Trainspotting'- jest to nadal slang, ale zachowujący przynajmniej podstawowe reguły gramatyki. Im bliżej źródła- Leith- tym bardziej Simon i Renton porzucają nabytą manierę poprawnego mówienia. Narracja rozwija się w podobny, jak w 'Ślepych torach' sposób: każdy z bohaterów mówi o wydarzeniach z różnej perspektywy, tylko czasami wypowiedzi nieznacznie się pokrywają pod względem treści. Akcja przez to wartko posuwa się do przodu. Nie sposób odmówić efektu różnorodności, jaki powoduje udział wielu narratorów.

No i chyba najważniejsze- Welshowi po raz kolejny udało się stworzyć poruszający pejzaż Leith- specyficznej pod każdym względem dzielnicy Edynburga. Z pełnowartościowymi postaciami, które tylko przelotnie spotykają głównych bohaterów. Czyta się to wszystko znakomicie- warto się zapoznać (a jeśli ktoś wcześniej nie czytał 'Ślepych torów', czyli- 'Trainspottinga'- musi to koniecznie nadrobić przed tą lekturą).

Irvine Welsh: Porno tłum. Jarosław Rybski. Kraków 2006.

Skomentuj (1) 2007-04-18 15:24:05 Edytuj

300

Bardzo lubię cykl 'Sin City'. Powieści graficzne (rozbraja mnie ta nazwa...) Franka Millera, silnie osadzone w tradycji filmu noir są przesycone erotyką i brutalnością, ale właśnie w stylu czarnego kryminału. Dosłowność- niedosłowność dość brutalnych poczynań bohaterów ukrywa cień. Treść współgra z formą- konsekwentną, nieco oodrealnioną rzeczywistością: wszystkie kobiety to doskonałe kochanki o perfekcyjnych kształtach. Mężczyźni są klasycznymi samcami. Zero wzruszeń- skuteczne dążenie do celu. Umiejętna żonglerka klasycznymi motywami i stereotypami- to cechy tego komiksu. Umiejętności Millera w eksploracji kultury w poszukiwaniu inspiracji są jednak olbrzymie. O czym świadczy- osadzony w historii (i mitologii) starożytnej Grecji komiks '300'. Jeśli mnie nic nie myli (a może), jest to Millera wizja wynikająca z odbioru filmu '300 Spartan' (tyle w tej kwestii, bo nie widziałem wspomnianego tytułu). Na podstawie 'Sin City' Rodriguez zrobił całkiem zgrabny film sensacyjny. '300' jest zaś filmem monumentalnym, opartym w dużej mierze na formie- epickim, pełnym rozmachu obrazie. Kinowe widowisko (co pewnie wynika z pierwowzoru komiksu), zrealizowane sprawnie, a opierające się na podstawowych emocjach.

Patos- to podstawowa cecha tego filmu. Jeżeli ktoś nie trawi podniosłych chwil (te chwile na tle amerykańskiego sztandaru w jakiejś rąbance), raczej nie będzie usatysfakcjonowany. Historia Leonidasa- przyszłego króla Sparty od pierwszych chwil przesiąknięta jest klimatem Opowieści O Prawdziwym Męstwie [fanfary]. Źródła Mocy Bohatera wynikają z jego młodości- umiejętności przetrwania w samotności przez rok. Leonidas stawia czoła wielkiemu i strasznemu wilkowi. Powraca do Sparty, aby stać się jej królem.

Wojna z Persami- a właściwie jej epizod: bitwa pod Termopilami- stanowi główną część filmu. Wojska Kserksesa nacierają, Spartanie się bronią. Coraz nowe rodzaje wojsk, coraz cięższa obrona- wreszcie rozstrzygnięcie (film jest oparty na wydarzeniach historycznych, ale wolę nie pisać o wyniku bitwy, bo pewnie niektórzy uznaliby to za spoilera). Wszystko efektownie nakręcone, podbite świetną ilustrującą muzyką- na wskroś nowoczesne (należy tu wspomnieć o kwestiach, jakie wypowiada Leonidas- skrzących się od ironii i drwiny). Chociaż podstawą do scenariusza filmu, potem komiksu, a potem następnego filmu były wydarzenia historyczne nie należy go traktować jako gotowego skryptu na lekcję o starożytnej Grecji. Kontrowersyjne jest pretekstowe potraktowanie historii. Ale tu trzeba oddać sprawiedliwość Millerowi- pretekst dotyczy tylko wydarzeń. Postacie stworzył pełnokrwiste- pełne okrucieństwa i żądz: to nie jest świat ugrzeczniony dla potrzeb filmu- jest nawet zbrutalizowany.

Reżyser- Zack Snyder- jest sprawnym realizatorem teledysków: co widać w sposobie montażu i pewnej przesadzie w obrazie. Mimo ograniczonego pola do popisu- aktorzy pokazali swoje umiejętności- szczególną uwagę przykuwa filmowy Leonidas- Gerard Butler (nie, nie mam na myśli okrzyku SPARTAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!!), a także jego wielki (dosłownie) przeciwnik- w rolę Kserksesa wcielił się Rodrigo Santoro (zdaje się, że wystąpił w serialu Lost). Także pozostali aktorzy prezentują porządne rzemiosło.

Refleksje pozamerytoryczne: królowa to fajna kobieta, a wyrocznia też niczego sobie.

Skomentuj (3) 2007-04-02 12:50:13 Edytuj

Sezon na kaczki

Etiuda filmowa jest dla studenta reżyserii (i oczywiście operatorki) czymś na kształt ćwiczeń z anatomii. W kilku minutach obrazu musi się zawrzeć pewna autonomiczna historia. Jest też ćwiczeniem warsztatowym- różne są wyniki pracy: kwestia umiejętności, talentu, wrażliwości...

Niewątpliwie jest też etiuda ćwiczeniem współpracy między reżyserem a operatorem, czego najlepszym dowodem jest 'Sezon na kaczki' Julii Ruszkiewicz. Autorem zdjęć jest coraz popularniejszy Paweł Dyllus. Historia małego chłopca, który przypadkiem zabija brata, jest dobrze zbudowana charakterologicznie. Bracia różnią się od siebie, są nieco skonfliktowani, ale w żadnym razie nie można mówić tu o nienawiści. Wypadek jest nagły i niespodziewany- jeden brat ginie, drugi zamyka się w sobie- chociaż szybko przyznaje się do swojego-nieswojego czynu. Ruszkiewicz wyraźnie potrafi pracować z dzieckiem, co owocuje wiarygodnymi postaciami braci. Rodzice po stracie starszego syna pogrążają się w głębokiej żałobie- do pewnego czasu. Intymny nastrój całej historii oparto o właściwie prowadzoną grę aktorską, dobrze zrobione zdjęcia... Etiuda zrealizowana z konsekwencją i chyba świadomością własnych umiejętności (zarówno przez reżysera, jak i operatora). Warto obejrzeć, jeśli będziecie mieć taką okazję.

Skomentuj (3) 2007-03-21 16:29:27 Edytuj

Job, czyli ostatnia szara komórka

Dawno temu istniały pewne zasady dotyczące pisania scenariusza. Amerykański paradygmat mówił coś o dwóch punktach zwrotnych, ekspozycji. konfrontacji i rozwiązaniu. Generalnie Hiroł żył sobie swoim życiem [ekspozycja], COŚ [1 punkt zwrotny] zmuszało go działania [konfontacja] prowadzącego do CZEGOŚ INNEGO [punktu zwrotnego 2], po czym następował sobie hepi end i widzowie mogli z czystym sumieniem wyrzucić kubełek po popcornie. Wszyscy są szczęśliwi i tak dalej. Paradygmat scenariusza funkcjonuje nadal w całkiem sprawny sposób, łatwiej wszystkie elementy dostrzec w amerykańskim produkcyjniaku, niż europejskim kinie autorskim. Coś, co sprawdza się dobrze od Arystotelesa jest po prostu najlepszym rozwiązaniem...

...jak dowodzi jednak 'Job...' nie dla wszystkich. Konrad Niewolski, autor dobrej 'Symetrii' (więzienną przeszłość reżysera wyśmiał nieco Sikora- pierwowzór jednego z bohaterów 'Długu') zrobił komedię. W zbliżonym czasie na ekranach pojawił się także 'Palimpsest', którego nie widziałem. Tymczasem komedia...
Otóż jest to film, którego scenariusz miał chyba udowodnić, że w naszych ciężkich, ponowoczesnych czasach, Arystotelesowskie pomysły na budowę fabuły są kompletnie przestarzałe. Tak! Oto jest bowiem 'Job...' kolejnym (po niesławnym 'Wiedźminie') polskim filmem, w którym NIE MA fabuły. Aktorzy wchodzą, odwalają swoje kwestie/czynności i schodzą. Zagadką jest obecność Szyca (czyżby nie miał nosa do ról?) i całkiem niezłego Andrzejewskiego. No właśnie- nieśmieszny zbiór dawno przetrawionych skeczy, wszyscy znamy tę piosenkę, PISF rzucił pieniądzem, na początku słusznie i antyglobalistycznie wylatuje w powietrze supermarket Stonka. Bohater A nie może się uczyć do egzaminu bo mu pies przeszkadza. Bohater B musi jeszcze raz zdać egzamin na prawo jazdy. Bohater C ma wiekopomną szansę otrzymania pracy. Wśród rozterek typu ucieczka przed kanarami, czy śmieszniuteńkie (w założeniu) historie z dzieciństwa wkradają się zajebiście śmieszne (tak, to ironia) obrazki z cyklu 'Job- magazyn bezrobotnego i pracoholika', czyli wynurzenia pracujących w zawodach typu tirówka, nekrofil prosektoryjny czy inny kanar. No więc mało zabawne, tak... Aha: czołówka naprawdę dobra i profesjonalnie zrealizowana odstaje od filmu. NAPISY CZOŁOWE ODSTAJĄ OD FILMU! NA KORZYŚĆ!!!

PISF miał nie tylko promować kino ambitne, autorskie (czasami nawet relatywnie tanie w realizacji), ale także mieć swój współudział w wyselekcjonowanych produkcjach popularnych (a potem zyski idą na inne filmy). Pytanie: co odpadło po selekcji, jeśli pieniądze dostał 'Job...'. Odradzam- można obejrzeć tylko, jeśli nie przeszkadza wam film w formule słabiutkiego kabaretu. W moim przekonaniu szkoda na to Waszego czasu i Waszych pieniędzy.

Skomentuj (1) 2007-03-21 16:13:07 Edytuj

Kategorie

Blogroll  |  Edytuj

Linki  |  Edytuj

MyBlogLog

Feeds

Valid XHTML 1.0 Strict